To nie jest tanie hobby – mówi Urszula Kwietniewska-Łacny, która ponad rok temu zdecydowała, że wykona replikę mieszkania swoich rodziców w skali 1:10. W tej chwili jest już gotowy jeden z pokojów, a w nim wszystkie obecne tam przed laty przedmioty od kanapy, przez piec kaflowy, po fotografie przodków wiszące w ramach na ścianach.
Zawsze coś robiłam. Na myśli mam pracę zawodową. Jednak, gdy poszłam na emeryturę, to przez pierwszy rok jeszcze szukałam sobie jakiegoś zajęcia, bo skoro dużo pracowałam przez 37 lat, to nagle nie potrafiłam przestać. Napisałam więc książkę zatytułowaną „Historia rodziny”. Pozbierałam wszystkie możliwe materiały, każdemu z dzieci przygotowałam księgi, przygotowałam im drzewa genealogiczne i takie prezenty znalazły pod choinką. Spotkało się to z miłym odzewem, więc na kolejne święta zawsze coś im samodzielnie przygotowywałam. Większość tych prac mam oczywiście udokumentowanych fotograficznie. Bawiłam się więc w decoupage, a któregoś roku wykonałam każdemu członkowi rodziny zabawkę z masy marcepanowej (dyskietka, mysz do komputera, nożyczki czy guziki).
Skąd u mnie takie umiejętności? Naprawdę nie wiem. Być może od ojca, który jak był mały, to samodzielnie zrobił sobie drewniany rower. Nigdy w dzieciństwie nie uczestniczyłam w zajęciach kółek artystycznych, bo to nie była moja bajka. Jednak jako dorosła osoba szyłam chociażby dla dzieci, bo taka była wtedy potrzeba czasu.
Zaczęło się do pomysłu
W ubiegłym roku stwierdziłam jednak, że to, co do tej pory wykonałam, to nie to, bo nie do końca jestem z tego zadowolona. Nawiasem mówiąc dzieciaki też chyba zachwycone nie były, bo wolałyby dostać pewnie coś innego niż te ręczne robótki (śmiech).
Wpadłam więc na pomysł, że w końcu powinnam zrobić coś dla siebie. Pomyślałam, że wykonam miniaturę mieszkania moich rodziców, w którym spędziłam dzieciństwo. Znajdowało się w Gryfinie w nieistniejącej już kamienicy, przy nieistniejącej już ul. Marchlewskiego. W ciągu roku udało mi się kompletnie wyposażyć jeden pokój, a wnętrze i wszystkie znajdujące się w nim przedmioty wykonuję w dziesięciokrotnym pomniejszeniu. Większość z nich wykonuję ręcznie, choć w jednym z moich aktualnych pokojów udało się zgromadzić nieco odpowiedniego sprzętu, jak chociażby imadło czy wiertarka. Nie mam wykształcenia stolarskiego czy kowalskiego, to dużo czasu zajmuje mi wymyślanie, z czego dany przedmiot mogłabym zrobić. Dzisiaj rano wpadłam na pomysł, jak można zrobić drzwi. Najpierw wystrugałam więc z balsy odpowiednie szyldy, a następnie zauważyłam, że jedno z moich pudełeczek ma piękny zawias, który idealnie będzie pasował do mojego projektu. Nic lepszego nie trzeba będzie szukać, a tym bardziej wykonywać samodzielnie. W mojej pracy w wielu przypadkach wykorzystuję więc gotowe przedmioty, których przeznaczenie jest inne. Teraz więc poszukuję czegoś, co mogłabym wykorzystać do wykonania klamek do drzwi. Mogą to być chociażby fragmenty kolczyków. Kupuję więc mnóstwo maleńkich przedmiotów w postaci wspomnianej biżuterii, gromadzę, bo nigdy nie wiem, w którym momencie pracy mogą stać się przydatne. Mój pokój-pracownia zapełnia się więc wieloma szalonymi nawet przedmiotami, które zbieram, ale wszystkie w wielkim porządku, posegregowane w przegródkach czy pudełeczkach. Wczoraj kupiłam na przykład gotową ramę, która w przyszłości posłuży mi jako zawieszka do kawałka materiału na zasłonę od kurzu już gotowej pracy, a być może i po to, by nikt nieproszony tych maleńkich przedmiotów nie dotykał.
Diabeł tkwi w szczegółach
Ciągle zastanawiam się, z czego mogłabym zrobić klamkę do drzwi. Teraz wyciągnęłam wszystkie swoje przedmioty do szycia, bo czuję, że właśnie wśród nich znajdę coś, co pozwoli mi ten przedmiot wykonać. Do wykonania rzeźbień stojącego drewnianego zegara wykorzystałam wykałaczki. Pokroiłam je na mniejsze części, pokleiłam i wzory były gotowe. Przeglądając biżuterią wśród kolczyków znalazłam praktycznie gotową kołatkę. I tak na poszukiwaniu różnych przedmiotów i rozwiązań płynie mi czas. W tej chwili kończę już okno, do którego wykonałam maleńkie zawiasy. Teraz całość czeka na wyrównanie i pomalowanie. Trochę więc to jeszcze potrwa. Jednocześnie pracuję też nad wykonaniem wózka mojego młodszego brata. Był on bardzo specyficzny. Uplotłam już boki ze starej torebki kupionej w starociach, wnętrze wykonałam ze starej skórkowej rękawiczki, a kółka nabyłam w sklepie modelarskim. Mam ich kilka wzorów, więc ostatecznie nie wiem jeszcze, które z nich wykorzystam. Wiele czasu zabrało mi wykonanie podnóżka i mechanizmu do zamontowania kół. Ten pierwszy wykonałam ze wskazówek zegara. W tym celu odwiedziłam zegarmistrza, poprosiłam o kilka sztuk, a on podał mi całą ich szufladę i zaproponował, żebym sobie zabrała wszystkie te, które będą mi przydatne. Bardzo się przydały, bo wykonałam z nich chociażby błotniki. Z kolei maleńkie tarcze zegarków wykorzystałam do wykonywania pater czy talerzy. Odwiedziłam też panią w salonie meblowym. Powiedziałam jej, że potrzebuję kawałek materiału do wykonania starego tapczanu. Wysłuchała mnie dokładnie i wręczyła cały worek próbek, który stoi obecnie w piwnicy. Nie wykluczam, że kiedyś poszyję z nich wszystkich patchworki. Innym razem odwiedziłam sklep ze starymi ciuchami w poszukiwaniu haftowanych batystowych i muślinowych chusteczek przeznaczonych na maleńkie ręczniki, obrusy czy pościele. Właścicielka była zdziwiona, że ktokolwiek używa jeszcze w tej chwili materiałowych chusteczek. Przyznałam się, że nie będę nimi wycierać nosa i dostałam kilkadziesiąt przepięknych i unikatowych okazów.
Systematyczne dokumentowanie pracy
Gdybym mogła, to mojej aktualnej pasji poświęcałabym 24 godziny na dobę. Z przyczyn oczywistych nie jest to możliwe. Muszę przecież ugotować obiad, posprzątać, odwiedzają mnie wnuki, muszę czasem gdzieś wyjść, bo jestem zapraszana na przykład na imieniny. Wszyscy mi skutecznie przeszkadzają (śmiech).
Ostatnio mąż zmusił mnie do wyjazdu na wycieczkę do Wilna. Przez kilka dni nie było mnie w domu. Bardzo mi tego wszystkiego brakowało. Od pewnego czasu bowiem moje dni rozpoczynają się od wizyty w pokoju, gdzie mam swoją pracownię. Oglądam efekty wczorajszej pracy, sprawdzam, co wyschło w przypadku malowania czy klejenia. Następnie to fotografuję, bo efekty swojej pracy średnio raz w tygodniu zamieszczam w Internecie na fotoblogu. Dopiero potem zabieram się za obowiązkowe prace domowe.
Przy wykonywaniu poszczególnych przedmiotów pomaga mi rodzinna dokumentacja fotograficzna z tamtych lat. Na większości zdjęć widać jedynie fragmenty mebli, więc wtedy uruchamiam wyobraźnie. Muszę przyznać, że to nie jest tanie hobby. Żeby pomalować chociażby zegar czy jakikolwiek inny mebel, to muszę kupić puszkę farby. Podobnie jest w przypadku, gdy muszę na nim wykonać np. czarną kropkę. Ostatnio sprawę ułatwił mi zięć, który kiedyś malował modele. Dostałam więc od niego maleńkie puszki różnokolorowych farb. Zdarza mi się czasem kupować gotowe wyroby, jak chociażby drewniane pudełka. Mogę wykorzystać z nich zawiasy, a samo pudełko przyda się z kolei przy tworzeniu pieca kaflowego do kuchni. Młynka do kawy nie będę wykonywała, bo kupiłam gotowy. Kosztował mnie 50 złotych! Moim marzeniem jest pokazanie efektu pracy po jej zakończeniu na jakiejś wystawie. To jednak nastąpi pewnie dopiero za kilka lat.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze