Piękne wiadomości na sam koniec roku. Młoda gryfinianka otrzymała właśnie powołanie do kadry narodowej w gimnastyce artystyycznej
- Z dumą i radością pragniemy poinformować, że 4 nasze zawodniczki zostały powołane do Kadry Narodowej w gimnastyce artystycznej na rok 2025! - napisał SGA MKS Pogoń Szczecin, dodając że Lena Szalkowska znalazła się w reprezentacji Polski juniorek młodszych!
Lena przez większość kariery reprezentowała barwy Hermesa Gryfino. Od nieco ponad roku trenuje w Szczecinie, gdzie przeszła wspólnie z trenerkami Gabrielą Kaczmarek i Wiktorią Żurowską. Cały czas mieszka jednak w Gryfinie, chodzi do tutejszej szkoły.
Serdecznie gratulujemy młodej gimnastyczce. Poniżej prezentujemy artykuł, który znalazł się w Gazecie Gryfińskim w październiku 2022 roku.
--------------------------------------------
W gimnastykę zaangażowana jest cała rodzina
Sukcesy młodych sportowców w kończącym się właśnie sezonie sprawiły, że ruszamy z drugą odsłoną cyklu, w którym zamierzamy przedstawiać młodych medalistów mistrzostw kraju, pochodzących z powiatu gryfińskiego. W pierwszej części – Lena Szalkowska, srebrna medalistka tegorocznej Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w gimnastyce artystycznej
Zaczynała od piłki nożnej i podobno miała silne kopnięcie. Po tatusiu, który rozbudził w córce miłość do futbolu. Chodziła na treningi do trenera Piotra Mroza. Miała własne korki i getry, które dziś schowane są w szafie. Ich miejsce zajęły piękne stroje i wszystko to, czego potrzeba do uprawiania gimnastyki artystycznej. Nie jest jednak tak, że Lena od razu przeszła z piłki do nowej dyscypliny.
- Zajęło jej to trochę czasu – mówi Gosia Oleszczyk-Szalkowska.
Mamie zależało, by po tym jak przestała trenować piłkę (po podziale na roczniki została jedyną dziewczynką i nie czuła się zbyt komfortowo) pozostała przy sporcie. Namawiała córkę na taniec, albo gimnastykę.
- Zapalała się do tych pomysłów. Ustalałyśmy rano, że popołudniu zawiozę ją na zajęcia, ale po powrocie z przedszkola mówiła: „Mamo, jednak nie chcę jechać”. I tak kilka razy w różnych okresach roku – opowiada mama.
W przypadku Leny Szalkowskiej potwierdziło się, że warto mieć sportowy wzór i że niekoniecznie musi nim być sportowiec z pierwszych stron gazet.
- Któregoś dnia przyszła do domu i powiedziała, że jej koleżanka robi szpagaty, gwiazdy i ona też tak chce. Odpowiedziałam, że tego nie da się zrobić tak o, że trzeba dużo ćwiczyć. Wkrótce po tym mąż zawiózł ją na zajęcia do Hermesa – uśmiecha się Małgorzata.
Ma „gimnastyczną stópkę”
Treningi zaczęła w wieku sześciu lat. Jakkolwiek to zabrzmi… późno jak na tak wymagającą dyscyplinę. Lena miała jednak „coś”, co sprawiło, że już po kilku tygodniach treningów została przesunięta z grupy „naborowej” do „zaawansowanej”.
- Lenka ma po prostu piękną „gimnastyczną stópkę” – uśmiecha się trenerka Wiktoria Żurowska, przyznając, że to pojęcie trudno wytłumaczalne dla kogoś, kto nie „siedzi w gimnastyce”.
Znając chociaż pobieżnie arkana tej dyscypliny, można domyślić się, co w gimnastyce oznacza „dobra stopa”. Trenerki Hermesa Gryfino mówią, że to „coś”, co wyróżnia 10-latkę w skali całego kraju. Jej kolejnym znakiem firmowym jest, że na treningach pracuje jak mało kto.
- To prawda, że jest niezwykle pracowita i sumienna. Nie trzeba jej powtarzać dwa razy, gdy dostaje jakieś zadanie, zawsze zrobi tyle razy, ile miała zadane, albo o jedno więcej. Oczywiście popełnia błędy, czasami zapomina „jak miała coś wykonać”, ale to zdarza się każdemu, przeważnie po jedynym przypomnieniu już wie o co chodzi – mówi Żurowska, przyznając, że to bardzo ważny aspekt tej dyscypliny.
- Czasami zawodniczka może mieć ogromny talent, który „dostała w genach”, a czasami przychodzi dziewczynka, która tego talentu nie ma aż tak dużo, ale jej zaangażowanie, pracowitość i systematyczne przychodzenie sprawiają, że my same jesteśmy zadziwione jak wielki postęp zrobiła – tłumaczy trenerka.
Potencjał Leny od razu buł zauważalny, lecz nie miała aż tak dużych predyspozycji do gimnastyki, jak niektóre koleżanki.
- Ciężką pracą na treningu oraz w domu doszła jednak do momentu, w którym jest teraz. A można powiedzieć, że wszystko jeszcze przed nią, bo dopiero w styczniu wkroczy do pierwszego roku juniorek młodszych – dopowiadają trenerki Hermesa.
„Mogę być nawet ostatnia, ale muszę jechać!”
Mimo zaledwie dziesięciu lat Lena Szalkowska może poszczycić się kilkoma sukcesami. Ubiegłoroczne Międzywojewódzkie Mistrzostw Młodziczek, które odbyły się w Gryfinie, zakończyła z trzema złotymi medalami. Okazała się najlepsza w układzie tanecznym i układzie z obręczą oraz w najbardziej prestiżowym wieloboju. Rok później wzięła natomiast udział w swoich pierwszych Mistrzostwach Polski.
- Po eliminacjach do Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży III klasy sportowej wiedziałam, że będzie walczyć o miejsca w pierwszej ósemce i finały w poszczególnych układach. Przyznam jednak szczerze, że nie liczyłam na medal – mówi Wiktoria Żurowska.
Nie dlatego, że nie wierzyła w swoją podopieczną.
- Po prostu wiedziałam jaka jest konkurencja w kraju. W dodatku, krótko przed OOM przytrafiła się jej kontuzja i przerwa w treningach – tłumaczy trenerka.
10-latka miała problem z dłonią. Na tyle poważny, że chociaż do OOM zostały zaledwie trzy tygodnie, trenerki postanowiły zmienić Lenie układy. Tak, by nie obciążać kontuzjowanej dłoni. Jej
rodzice zastanawiali się nawet, czy powinna jechać na zawody.
- Mieliśmy z mężem dylemat, czy ją puszczać. Powiedziałam: „Lenka, pojedziesz i żebyś nie przeżyła rozczarowania. Bo jak będziesz ostatnia, to nie będziesz smutna?” – przytacza Małgorzata Oleszczyk-Szalkowska.
Gimnastyczka nie dopuszczała jednak do siebie myśli o rezygnacji z najważniejszych zawodów.
- Mogę być nawet ostatnia, ale muszę jechać! – zakomunikowała.
Pojechała i wróciła z medalem!
- Wtedy to już tylko chciałam, żeby Lena wystartowała i pokazała się z jak najlepiej strony, a tu proszę: była pierwsza ósemka, dwa finały na dwa możliwe i do tego srebrny medal w obręczy! – komentuje Żurowska.
Mało brakowało, a stanęłaby na podium raz jeszcze. W układzie tanecznym do brązu zabrakło naprawdę niewiele.
- Była ex aequo z inną zawodniczką. Trenerki powiedziały, że do drugiego medalu zabrakło jej „jednego uśmiechu” – mówi dumna mama.
Życie pod treningi i zawody
Jak widać, charakter jest w tej profesji niezbędny. Gimnastyka artystyczna wymaga całkowitego oddania reżimowi treningowemu. Dlatego, choć pisząc o lokalnych gimnastyczkach przedstawiamy 9-,10-, czy 12-latki, mowa o małych profesjonalistkach, dla których sport nie jest modnym dodatkiem. Dziewczynki z grupy zaawansowanej trenują pięć razy w tygodniu. Każde zajęcia trwają od trzech do trzech i pół godziny.
- Gdy zaczynamy pracę z nową zawodniczką, musimy przekazać rodzicom te najważniejsze aspekty. Wytłumaczyć jak ważna jest systematyczna i rzetelna praca na treningach, bo właśnie na tym opiera się gimnastyka artystyczna.
Jako trenerki musimy pamiętać, że obcujemy z dziećmi, a praca z tak młodymi osobami znacznie różni się od tej z dorosłym sportowcem. Za dziecko odpowiada rodzic, od którego zależy, czy córka będzie na każdym treningu, czy spakuje wszystkie potrzebne rzeczy, czy w dniu zawodów zdąży na pociąg oraz przede wszystkim, czy zrozumie jak ważna jest praca i staranność. Dlatego współpraca na linii: trener-zawodniczka-rodzic jest niezwykle istotna, jeśli nawet nie najistotniejsza – mówi Żurowska, potwierdzając, że bez zaangażowania rodziców trudno o znaczące osiągnięcia, a w dłuższej perspektywie, karierę sportową.
- Na szczęście mieliśmy tego wszystkiego świadomość.
Oglądając występy starszych zawodniczek wiedziałam, jak to wygląda. Panie trenerki też sygnalizowały, że przejście do grupy zaawansowanej wiąże się z większą liczbą treningów. Gimnastyka artystyczna to jedna z najpiękniejszych dyscyplin. Przyjemnie się ją ogląda, ale na zawodach widzimy tylko efekt końcowy. Sukces osiąga się małymi wysiłkami. Tylko zawodniczki i trenerki wiedzą jak wielka praca została wcześniej wykonana – mówią rodzice Leny, dodając, że w pełni ufają trenerkom Wiktorii Żurowskiej i Gabrieli Kaczmarek, z którymi ich córka spędza większość czasu.
Gimnastyka wymaga też sporego zaangażowania od rodziców.
- Stała się naturalnym elementem rodzinnego harmonogramu. W naszym domu funkcjonuje określony schemat życia. Rano Lena idzie do szkoły, po lekcjach ma chwilę na naukę, a później zawozimy ją na trening, który trwa do samego wieczora. Tak od poniedziałku do piątku, a w weekendy zawody. Gdy pojawia się „okno pogodowe”, wolny dzień, staramy się z mężem wykorzystać go na przyjemności. Na przykład na wyjazd rodzinny – mówi mama zawodniczki.
Jako że grafik bywa napięty (Szalkowscy mają też młodszą córkę, oboje pracują zawodowo), niezbędna jest pomoc dziadków.
- Moi rodzice, Jadwiga i Antoni Oleszczyk, bardzo nas wspierają.
Odbierają córkę ze szkoły, zawożą na trening, gdy jesteśmy w pracy. Czasami zajęcia odbywają się nie w hali w parku, ale np. w Chwarstnicy, więc ich pomoc jest nieoceniona. Czasami organizacja dnia stanowi całą logistykę. Można powiedzieć, że w gimnastykę zaangażowana jest cała rodzina. Od rana do nocy – uśmiecha się mama Leny.
Klubowe przyjaźnie
Dla niektórych rodziców powyższy opis może brzmieć szokująco. Jak zaznaczają jednak nasze rozmówczynie, nie można mówić, że dziewczynki, które stawiaj na gimnastykę, czynią to kosztem własnego dzieciństwa. Trening i zawody, to nie tylko godziny spędzone na uprawianiu sportu, ale również spotkania z przyjaciółkami.
- Dziewczynki w Hermesie są ze sobą bardzo zżyte. Grupę tworzą dziewczynki w różnym wieku, ale gdy patrzy się na to z boku, widać, że wszystkie bardzo siebie nawzajem wspierają. Na zawodach stoją wspólnie, zaciskają kciuki i dopingują występujące koleżanki. Rodzą się między nimi małe przyjaźnie. Stanowią zgraną grupę, niektóre dziewczynki są jak siostry – mówi pani Szalkowska.
Tak się złożyło, że najlepszą przyjaciółką Leny jest teoretycznie największa rywalka.
- Ale to bardzo teoretycznie, bo między Leną a Mariką Paech nie ma rywalizacji. Są nierozłączne. Chodzą do jednej klasy, siedzą razem w ławce, spotykają się na treningach, a dodatkowo spędzają razem wolny czas. Lenka zawsze mówi, że chciałaby stanąć na najwyższym stopniu podium ex aequo z Mariką. Zawsze mnie to wzrusza – przyznaje jej mama.
Dlatego też podwójnym świętem były opisywane już Międzywojewódzkie Mistrzostwa Młodziczek, na których czwarty złoty medal dla Hermesa wywalczyła w układzie ze skakanką Marika Paech (do tego dołożyła srebro w wieloboju oraz brąz w układzie z obręczą). Dziewczynki zostały docenione też w Szkole Podstawowej nr 2, do której wspólnie uczęszczają. Wychowawczyni nie tylko pogratulowała sukcesów, ale też wręczyła w prezencie największe tabliczki czekolady, jakie znalazła. To dobry pretekst, by poruszyć kwestię związaną z żywieniem.
- W tym przypadku raczej nie ma żadnego reżimu. Lenka je to co lubi, słodkości również. To cały czas dziecko, które ciężko trenuje, więc nie może sobie wszystkiego odmawiać. Zresztą szybciej spali te kalorie, niż je zje – śmieje się mama, która doskonale zna żywiołowość swojej córki.
Idolka swojej siostry
Podczas naszej piątkowej rozmowy, do mamy zadzwoniła córka.
- Nie mogła znaleźć jednej rzeczy w torbie, a pojechały dzisiaj na zawody do Sosnowca i bała się, że zostawiła to w domu – wytłumaczyła nasza rozmówczyni.
Pierwotnie mieliśmy spotkać się w sobotę, ale tego dnia rodzice bohaterki tego tekstu będą zajęci.
- Nie jeździmy z córką na zawody, ale śledzimy wszystkie w domu. Z każdego turnieju transmitowane są relacje na żywo. Oglądamy nie tylko występy Leny, ale wszystkich startujących. Nigdy wcześniej nie interesowałam się gimnastyką artystyczną, mąż podobnie, ale teraz nie odpuszczamy żadnego startu. Nie spodziewałam się, że to aż tak daleko pójdzie. Nie mogę powiedzieć, że znamy się już doskonale na gimnastyce. Czasami
wydaje mi się, że coś jest dobrze wykonane, ale okazuje się, że nie mam takiego oka jak sędziny – uśmiecha się p. Gosia.
Przypadek Szalkowskich pokazuje, że gimnastyka artystyczna to zabawa dla całej rodziny. Zainteresowanie dyscypliną oraz sukcesy Leny sprawiły zresztą, że w mieszkaniu mają już nie jedną, lecz dwie „małe gimnastyczki”.
- Jagoda żyje występami siostry. Ma cztery lata, ogląda wszystkie zawody Leny, liczy jej puchary i medale. Tworzyła w domu swoje własne układy, więc uznaliśmy z mężem, że nie ma na co czekać. Ją również wozimy na treningi – mówi mama.
- I też ma piękną stópkę. Takie geny! – uśmiecha się trenerka Żurowska, przyznając, że była to jedna z pierwszych rzeczy, które sprawdziła, gdy 4-latka pojawiła się na sali.
Do sukcesów siostry jeszcze długa droga, ale kto wie: może kiedyś będziemy mówić o siostrach Szalkowskich z Gryfina?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze