Rozmowa z trenerem Energetyka, Wojciechem Kowalczykiem.
Gdyby brał pan udział w ankiecie i musiał odpowiedzieć na pytanie: Czy Energetyk utrzyma się w 3. Lidze? zaznaczyłby pan „tak”, czy „nie”? Wojciech Kowalczyk: Oczywiście, że tak.
Kieruje panem ślepa wiara, czy istnieją ku temu jakieś przesłanki? - Wierzę w swój zespół i wiem, że stać nas na dobre wyniki. Brakuje nam tylko szczęścia, ale jestem pełen wiary, że możemy utrzymać się w lidze. I utrzymamy się.
Wyniki świadczą jednak o czymś innym. Tak źle nie było nawet w sezonie 2010/11, gdy Energetyk pożegnał się z trzecią ligą. - Nie jest kolorowo i zdaję sobie z tego sprawę. Znam potencjał swoich zawodników, a poza tym nie byłbym dobrym trenerem, gdybym nie wierzył w drużynę.
Moim zdaniem sama wiara to zdecydowanie za mało. - Znasz doskonale kadrę i sytuację zespołu. Powiedz mi, co byś zmienił w składzie i ustawieniu?
Znam kadrę i wiem, że ze względu na finanse mieliście zawężone pole wyboru, lecz dysponujecie takimi zawodnikami, na jakich się zdecydowaliście. Nikt wam ich nie narzucał. - Postawiłem na tych, którzy chcieli grać i zgodzili się na nasze warunki finansowe. Nie mieliśmy w tym względzie dużego pola manewru i widać tego skutki. Działaczom nie udało się zatrzymać przed sezonem Sieranta, Stasiaka czy Szycha, a z nimi w składzie gra wyglądałaby zupełnie inaczej. I mielibyśmy znacznie lepsze wyniki.
Trenerzy są od trenowania i to ich rozlicza się za wyniki. Bez względu na to, jakimi piłkarzami dysponują. - Tak wygląda to wyłącznie w teorii. W praktyce jestem nie tylko trenerem, ale zajmuję się też sprawami organizacyjnymi, a nawet noszę wodę i dbam o boisko przed meczami! Poza tym znów musiałem budować zespół naprędce. Przez ograniczone finanse jeszcze na tydzień przed startem rozgrywek mieliśmy tylko jednego, na dodatek kontuzjowanego, środkowego obrońcę! Na szczęście udało nam się zakontraktować Pawła Chamerę i Dawida Jeża, który jest najlepszym piłkarzem w rundzie. Chyba to widzisz, prawda?
Tak, lecz problem leży gdzie indziej. O ile o obronę można być spokojnym, o tyle znacznie więcej problemów jest z napastnikami. - Mam tego świadomość i nie siedzę z założonymi rękoma. Sytuacja wokół drużyny nie sprzyja zawodnikom. Widzę, że są spięci i przeżywają wyniki z tego sezonu. Komentarze kibiców pętają im nogi i dlatego marnują nawet najprostsze sytuacje. Presja nie jest naszym sprzymierzeńcem i dlatego chcę zaapelować o trochę spokoju dla mnie i zawodników, by móc naprawić błędy. Chciałbym również, abym nie tylko ja odpowiadał za ten zespół, bo nie czuję wsparcia z żadnej strony. A przecież robię wszystko, co w mojej mocy i zależy mi na tym, by Energetyk osiągał lepsze wyniki. Niestety nie mogę przeskoczyć pewnych rzeczy. Nie wyjdę przecież i nie strzelę sam rzutu karnego…
Konkludując, zawodnicy zawodzą pana oczekiwania? - Zawodzą. Jakby nie zawodzili, to byśmy wygrywali więcej meczów.
Kwestia osiąganych wyników jest ambiwalentna. Tak samo mogą być one winą graczy, jak i trenerów. - Tak, tak. Wiem o tym doskonale. Nie uciekam od odpowiedzialności, a nawet biorę ją całą na siebie. Nie umywam rąk, bo jestem trenerem zespołu, który wygrał tylko jeden mecz z dziesięciu. Dlatego pewnie też popełniłem gdzieś błędy. To jednak dlatego, że sytuacja, jaką mieliśmy nie sprzyjała i były tylko cztery tygodnie na ułożenie zespołu. Z drugiej strony przegraliśmy zaledwie cztery spotkania, mniej niż zespoły znajdujące się wyżej w tabeli. Nie zmienia to niestety faktu, że nasza sytuacja nie jest za dobra.
Zarząd klubu wciąż darzy was zaufaniem, czy też otrzymaliście od działaczy jakieś ultimatum? - Na razie nie było żadnych rozmów. Za plecami słyszę różne głosy, ale ze mną i z Markiem (Nikitińskim, drugim trenerem – przyp. red.) nikt jeszcze nie rozmawiał.
Macie zatem pomysł, jak odwrócić złą kartkę i przede wszystkim poprawić grę ofensywną? - Przed meczem z Kotwicą przemeblowaliśmy pozycje u wielu zawodników. Z kolei przed Pogonią Szczecin zmieniliśmy całkowicie mikrocykl treningowy. Skupialiśmy się tylko na sytuacjach pod bramką i strzałach. Mimo tych ruchów znów wyszliśmy na zero z przodu i nie potrafiliśmy wykorzystać kilku dogodnych sytuacji. Wielki wpływ na wyniki ma czynnik ludzki oraz dyspozycja dnia, a to przecież nie do przewidzenia. Mimo to chcemy kontynuować to, co zaczęliśmy. Nie poddajemy się i postaramy się dotrzeć do chłopaków, by w końcu się odblokowali i pokazali, na co ich naprawdę stać. A stać ich na wiele.
Komentarze