Reklama

Kolekcjonerka medali wraca w rodzinne strony

Rozmowa z Katarzyną Duran, utytułowaną piłkarką ręczną pochodzącą z naszego miasta. Jako 15-latka opuściła Gryfino, zamieniając Hermes na SMS Gliwice. Po ukończeniu liceum podpisała kontrakt z Montexem Lublin, z którym już w pierwszym sezonie zdobyła Mistrzostwo Polski. Dziś ma 30 lat i na swoim koncie sześć złotych medali oraz cztery brązowe MP. Grała również na MŚ w 2007 roku. Miesiąc temu przeniosła się do Pogoni Szczecin.


W obronie trzeba grać ostro, brutalnie, często na granicy faulu. W ataku trzeba dysponować potężnym rzutem. A bramkarki muszą mieć nie lada siłę i odwagę, by odbijać te rzucane co chwila petardy. Piłka ręczna to sport dla kobiet?

- Gdy gra się od dziecka, to jest się do tego przyzwyczajonym, że biją, popychają, kopią, plują czy wybijają zęby. Według mnie najtrudniej mają bramkarki. To trochę szalone dziewczyny, ja nigdy nie odważyłabym się stanąć w bramce. Ale czy piłka ręczna jest brutalna? Nie jest tak strasznie. Na pewno uczy tego, że jak dostaniesz, musisz oddać dwa razy mocniej.

Reklama

 

Treningi w Hermesie rozpoczęłaś w wieku 11 lat. Co przekonało cię wówczas do tego, by postawić na piłkę ręczną?

- Do tenisa byłam za duża, nie umiałam trzymać rakiety. Lekkoatletyka była dla mnie za nudna, zresztą jak wszystkie inne sporty indywidualne. A w Gryfinie wtedy stawiano na piłkę ręczną. Trafiłam pod skrzydła trenera Gniazdowskiego, któremu wiele zawdzięczam. No i tradycje rodzinne były nie bez znaczenia. U mnie wszyscy wcześniej trenowali piłkę ręczną.

 

Kto dokładnie?

- Tata, mama, ciocie, wujkowie. Do Gryfina przeprowadziliśmy się, gdy miałam 10 lat. Treningi rozpoczęłam rok później. Jeszcze ucząc się w szkole podstawowej nr 1. Ale szybko trafiłam do SP nr 3, bo przy tej szkole działał nasz zespół.

Reklama

 

Rodzice nie naciskali na treningi piłki ręcznej?

- Nigdy. Same zdecydowałyśmy się na tę dyscyplinę, bo oprócz mnie trenowały ją jeszcze dwie moje młodsze siostry, Paulina i Ola.

 

Pewnie nie raz dostałaś w kość na treningu czy na meczu. Nie myślałaś czasami „co ja tutaj robię”?

- Przez 18 lat mojej kariery nigdy nie przytrafiła mi się, odpukać, żadna kontuzja. Nie miałam nigdy nic złamanego, żadnych zabiegów. Jedyną moją przerwą była ta na urodzenie dziecka. Więc może to też mnie nigdy nie zniechęciło do piłki ręcznej. Ale ten sport jest specyficzny. Jak nawet oberwiesz, to nie zniechęcasz się, a jeszcze bardziej motywujesz. Chcesz się zemścić i pokazać, że jesteś silniejsza. A wracając do kontuzji, nie mam ich też w dużej mierze dzięki trenerowi Gniazdowskiemu, który świetnie, nie tylko mnie, ale wszystkie dziewczyny z Hermesa przygotował koordynacyjnie.

Reklama

 

Miałyście wówczas świetną paczkę w Hermesie. Mówię to bez żadnej kurtuazji.

- Siostry Kupkowskie, Monika Bieniewicz, Gosia Bzowy, Marta Nowak, Alicja Panek, Marta Giernatowska i inne dziewczyny. Ekipa naprawdę była fajna. Nie tylko na parkiecie, ale i poza nim. To jest najważniejsze. Ale tu też dużą rolę odegrał trener Gniazdowski. Czasami nawet spanie w piwnicach na materacach przy okazji jakiegoś turnieju może być fajne. To nie ściany, a ludzie robią atmosferę.

 

Wyjeżdżając z Gryfina miałaś 15 lat. Przed tobą była wielka szansa na karierę, ale i wielkie zagrożenia, bo przeniosłaś się wówczas do SMS-u Gliwie. Daleko od domu…

Reklama

- Chciałam uciec z domu, jak każdy nastolatek (śmiech). Ale ta decyzja była wynikiem rozpadu naszego zespołu w Hermesie. Dziewczyny postawiły na naukę, pojawiły się pierwsze dyskoteki, chłopcy, zespół nie przetrwał. Aby kontynuować grę, trzeba było zmienić klub. Z propozycją wyszedł trener SMS-u Gliwice. Wybrałam takie rozwiązanie, bo z SMS-u było m.in. łatwiej dostać się do kadry narodowej juniorek.

 

Już wtedy, w Gliwicach, wiedziałaś, że z piłką ręczną zwiążesz się zawodowo?

- Nie. Gliwice to cztery lata strasznej orki. Cztery lata tam - to jak osiem lat gdzie indziej. Po tej przygodzie chciałam rzucić piłkę ręczną, ale dostałam propozycję z Montexu Lublin. Wiadomo, mistrz Polski. Trudno odmówić. Ale nie zrobiłam dobrze przechodząc tam w wieku 19 lat. Mimo że byłam już na swoim, mając stałą pracę, nie robiłam postępów. Zatrzymałam się w rozwijaniu swoich umiejętności i co najważniejsze, nie robiłam tego, co lubię, czyli nie grałam.

Reklama

 

Cały wywiad z Katarzyną Duran w aktualnym numerze Gazety Gryfińskiej

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama