- To w końcu będzie nasz rok – powiedział 31 grudnia, tuż przed północą. Trzy godziny później znalazł go patrol policji, nieprzytomnego, na skraju śmierci. Chociaż kilkunastominutowa reanimacja przywróciła akcję serca, Łukasz nie odzyskał już przytomności. 25-letni gryfinianin zmarł po dwóch dniach spędzonych w szpitalu. „Odszedł charakterny chłopak, który nie zasłużył na tak brutalną śmierć” - mówią znajomi, nie mogąc pogodzić się tragedią, której można było uniknąć
- Nigdzie dawno nie jeździliśmy. Fajnie, że tym razem się udało. We dwójkę, jak za starych czasów – powiedział w trakcie podróży.
Wyjazd do Szklarskiej Poręby planowali od dawna. To miał być sylwester marzeń, kilka dni, które pozwolą oderwać się od problemów i naładować akumulatory na najbliższe miesiące. Dla Łukasza było to szczególnie istotne, rok 2020 jawił się mu jako pracowity okres. 25-latka czekał w styczniu egzamin na elektryka, po którym planował wyjechać do pracy w Szwajcarii. Dlatego cieszył się z perspektywy spędzenia sylwestra w górach, z wieloletnim przyjacielem.
- Pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby we dwóch, do domu wróciłem już jednak sam – Grzegorz Wawrzyniak sprawia wrażenie opanowanego. To jednak tylko fasada. Zaledwie kilka godzin wcześniej stracił jedną z najbliższych osób. Chociaż nie łączyły go z Łukaszem więzy rodzinne, traktowali się jak bracia.
- Wspólnie spędzaliśmy wolny czas, dzieliliśmy się radościami i troskami. Byliśmy sobie bardzo bliscy, nie znam drugiej takiej osoby jak Łukasz. Charakterny, z zasadami, dzisiaj nie ma zbyt wielu takich ludzi - rozpoczyna swoją opowieść Grzesiek.
Cały artykuł znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze