Reklama

Centrum do zmiany, przypominamy słowa architekta

Burmistrz chce zmieniać plan miejscowy centrum Gryfina. Obszerny materiał w jutrzejszej Gazecie Gryfińskiej, my przypominamy rozmowę z byłym architektem miejskim


W jutrzejszym (z 5 listopada) wydaniu Gazety Gryfińskiej, sporo miejsca poświęconego jest problemowi zmiany planów miejscowych w centrum Gryfina. Takie decyzje zapowiedział burmistrz, motywując to koniecznością likwidacji zapisów o "podziemnych garażach". Tymczasem przypominamy wywiad z Piotrem Górkiewiczem (opublikowany w lipcu br.), architektem, byłym pracownikiem UMiG Gryfino, który również odnosi się do zagadnień zabudowy centrum.

Pracował pan kilka lat w gryfińskim urzędzie miasta, niedawno został zwolniony. To znaczy, że architekt nie jest nam wcale potrzebny?
- Dziś rano odwiedziło mnie kilku młodych ludzi z SLD, którzy przeprowadzają ankietę wśród mieszkańców, pytając o ich bolączki. Znaczna jej część dotyczy zagospodarowania przestrzennego miasta. To świadczy, że problem istnieje i jest dostrzegany przez ludzi, nawet młodsze pokolenie. Architekt powinien postawić diagnozę, znaleźć lekarstwo.

Mieszkańcy dobrze określają problemy?
- Jeśli nie ma gdzie zaparkować, jeśli w centrum przechodzień nie ma gdzie usiąść, jeżeli ktoś nie czuje się tu dobrze, to trudno nie dostrzec tego.

Mamy zdefiniowane problemy, powinniśmy je rozwiązywać od strony użyteczności czy estetyki?
- Moim zdaniem trzeba znaleźć między nimi równowagę. Funkcjonalizm już odcisnął na nas piętno w czasie odbudowy po wojnie. Pojawiły się bloki, które nazywam szafami mieszkalnymi.

To największe znamię PRL-u?
- Tak, ale dziś nadal w blokach mieszkają ludzie, którzy mają jednak zupełne inne oczekiwania, niż przewidywały normatywy Polski Ludowej. Samochody są tego najlepszym przykładem, proszę spojrzeć na wieżowce praktycznie pozbawione miejsc parkingowych.

Budowa wieżowców to był błąd?
- To była realizacja ówczesnych aspiracji, dążenia do metropolii, przejaw lokalnej pychy. Brak miejsc na samochody to nie jedyna wada takiej blokowej zabudowy, która jest określana mianem negatywowej, polega to na tym, że blok stoi jako samodzielny obiekt. Tymczasem przed wojną w Gryfinie dominowała zabudowa pozytywowa, czyli kamienic przylegających do siebie, tworzących pierzeje uliczne. Tak formuje się tkankę miasta, a to, co zrobiono w czasie powojennym było nieudaną próbą odbudowy Gryfina.

Da się coś z tym zrobić?
- Oczywiście, tylko wymaga to po pierwsze świadomości tego, co trzeba zrobić, następnie przygotowania odpowiedniego długofalowego planu przebudowy i wdrożenia go w życie. Żyjemy w odkreślonej sytuacji społeczno-gospodarczej, centra miast obumierają. Głównie przez handel wielkopowierzchniowy, który przyciąga do siebie ludzi, gdzie indziej powodując upadek np. usług.

Czy my mamy centrum w Gryfinie?
- Patrząc geograficznie i prestiżowo jest to plac Barnima.

Zapchany parking.
- To właśnie przejaw umierania centrum, tworzenia z niego sypialni.

Co zrobić, usunąć stamtąd samochody?
- Sam zakaz niewiele da. Trzeba znaleźć przyczynę, dlaczego to miejsce staje się strefą martwą. Kilka lat temu był organizowany konkurs na prace dotyczące rozwoju centrum. Zakładano aktywizowanie kwartału, w którym stoi biblioteka. Moim zdaniem na najbardziej atrakcyjnych działkach w centrum powinny stawać obiekty najważniejszych instytucji publicznych. Ostatnio przeczytałem w Waszej gazecie, że jakaś trójka ludzi jeździła po mieście i szukała miejsca pod komendę policji. To kuriozalne. Budynek publiczny pozostanie na wieki, on będzie świadczył o tym, jakimi byliśmy mieszkańcami, co po sobie pozostawiliśmy. Proszę spojrzeć na kościół, budynek dzisiejszego magistratu, poczty. To są pamiątki historii, świadectwa osiągnięć tamtych społeczeństw. Nie może być tak, że mamy do czynienia z przypadkową lokalizacją, tego właśnie powinien dopilnować architekt. Tego, aby uruchomić proces rewitalizacji centrum, aby nie sprzedawać kluczowych dla rozwoju działek.

Czyli komendę powinniśmy postawić w centrum?
- Może nie na placu Barnima, ale na pewno na bardziej eksponowanym miejscu.

Na którymś z nadodrzańskich kwartałów?
- Trzeba o tym myśleć, a nie działać z dnia na dzień. Tego typu decyzja ma olbrzymią wagę. Przestrzeń publiczna zależy od wielu spraw, nawet od najmniejszego detalu. Od dawna mamy problem choćby z zakupem elementów małej architektury.

Albo rezygnacji z jakichś elementów poprawiających estetykę, bo nas na nie nie stać.
- Dokładnie, można mówić o przekleństwie najniższej ceny. Zresztą spójrzmy choćby na zieleń miejską. Park niedługo będzie cały „ochoinkowany”, to najtańsze drzewa, ale przecież nasi poprzednicy dobierali gatunki z rozmysłem, nadając miejscu jakąś formę. W Szczecinie przed wojną, na np. cmentarzu komunalnym nasadzono drzewa z całego świata, dziś można się tym chlubić. A co po nas zostanie w parku? Choinki w centrum miasta? Drobna rzecz, ale warta uwagi.

Czyli musimy myśleć o wszystkim, od skali mikro do makro?
- Ludzie mówią o konkretnych kłopotach, m.in. parkingach, schodach. Przy podejściu „inwestycyjnym”, jakie u nas dominuje od lat, łata się te dziury. Działania są potrzebne, ale nie ma szerszej wizji i planu. Potrzeba kogoś, kto swoim imieniem i nazwiskiem będzie firmował przemiany, kogoś takiego jak baron Haussmann, czyli osoba która odpowiadała za przebudowę Paryża w nowoczesne miasto, mając tego wizję.

Przykład z górnej półki.
- To dobry przykład, bo chodziło o zamianę dzielnic biednych, pełnych zaduchu w nową formę, a jednocześnie ten proces nie obył się bez poważnych protestów społecznych. Zmiany niekoniecznie muszą oznaczać wielkie wydatki, stać nas chyba na dobre pomysły i choćby dobrą zieleń miejską. To jest właśnie zadanie dla burmistrza i radnych. Słyszałem, że dla rady były szkolenia urbanistyczne, może to dla nich ciekawa sprawa, ale nie zastąpi to pracy architekta miejskiego. Zresztą teraz chyba mogę powiedzieć, że go wcale nie ma w naszym urzędzie miasta.

Przecież pan tam pracował...
- W formie dość dziwnej. Nie nazwano tego architektem miejskim, było co prawda słowo architekt, ale zakres czynności i odpowiedzialności, jaki mi powierzono był dość kuriozalny. Na początku przygotowywałem decyzje o warunkach zabudowy, choć moim zdaniem to zła forma prawna. Sporo spraw załatwiłem odmownie, za co z góry przepraszam (uśmiech) niektórych mieszkańców. Później zresztą mnie od tego odsunięto. W ostatnim okresie zajmowałem się już tylko podziałem gruntów, a to chyba nie jest to, o czym mówiliśmy jako pracy dla architekta.

Przy podziałach czy sprzedaży nieruchomości pojawiały się konflikty z osobami ze ścisłego kierownictwa?
- W urzędzie są trzy kluczowe wydziały: inwestycji, gospodarki nieruchomościami i ochrony środowiska. To one decydują o rozwoju miasta. Część tych spraw problematycznych trafiała do mnie, ja to opiniowałem, ale było to jeszcze autoryzowane przez moich przełożonych, naczelników. Czy byłem architektem miejskim? Raczej nie.

Pana zdanie nie było brane pod uwagę?
- Nie było świadomości tego, kim powinien być architekt miejski, a jeśli nawet była, to ją mocno wypierano. To powinna być kluczowa figura na miejskiej szachownicy, a nie ktoś, kto w jakimś pokoju robi podziały geodezyjne, czyli sprawy administracyjne. Dziś zatrudnia się fachowców pod konkretne potrzeby, a oni robią to, za co im płacimy. Największym rozczarowaniem było dla mnie tworzenie studium. Wybraliśmy urbanistę, który przyjechał do nas bez żadnego pomysłu, wiele oczekiwał od nas. Pytał tylko, czego my chcemy.

Sprowadził się do roli technika, który ma coś narysować.
- Nie było w tym żadnej kreacji. Mamy pokaźną liczbę planów, chyba z kilkadziesiąt dokumentów, jednak większość z nich powstała w wyniku nacisku jakichś osób, głównie zainteresowanych zabudową danego miejsca. Planiści robią swoje, a brakuje kogoś, kto wskaże im wizje rozwoju miasta i będzie wymagał. Trzeba nakreślić granice miasta, które teraz się rozrasta, wręcz rozłazi. To nasza bolączka.

Mieszkańcy tego oczekują, chcą budować domy jednorodzinne, to chyba też dobre dla naszej gospodarki.
- Przesadny rozrost miasta to bardzo złe zjawisko. Chodzi o chaos i nasze możliwości. Im większe odległości, tym większe potrzeby komunikacyjne.

Osiedle w przy ulicy Jana Pawła II to miejsce naszego rozwoju.
- Niech te dzielnice będą dobrze zaplanowane, niech będą samowystarczalne, tam musi być też funkcja handlowa, usługowa, publiczna. Nie można wszystkiego zastawić domkami jednorodzinnymi. Jeśli mieszkaniec tego terenu będzie musiał samochodem pojechać i do Szczecina do pracy, i do najbliższego sklepu, to będzie bardzo źle.

Z tych wschodnich dzielnic jest dość blisko na Górny Taras.
- Miara dzielnicy to możliwość dotarcia do ważnych miejsc w ciągu dziesięciu minut piechotą. Chodzi mi o to, że jesteśmy jak otyły, chory człowiek, który rozrasta się do monstrualnych rozmiarów. Proszę spojrzeć, ile terenów mamy pod zabudowę jednorodzinną. Mamy okolice osiedla nad ulicą Pomorską, osiedla na wschód od Jana Pawła II, osiedle Reymonta, potężny teren przy Armii Krajowej, czyli okolice strzelnicy.

I jeszcze teraz niedawno przy Czechosłowackiej chcemy mieć osiedle jednorodzinne.
- Pojawia się problem koncentracji energii. Dziwimy się, że nie stać nas na nowe ulice, na uzbrojenie terenów. Nie da się nagle, w ciągu jednego pokolenia zabudować terenów większych niż obszar dzisiejszej, kształtowanej przez setki lat zabudowy. Energia i nasze pieniądze się rozpraszają. Takie osiedla powinny powstawać etapami.

Mamy złe plany miejscowe?
- Problem nie leży w jakości poszczególnych planów, a w braku ich spójności, a potem realizacji.

Boli mnie to, że idę ulicą Kołłątaja, od Wojska Polskiego, patrzę w prawo, a tu na działkach rekreacyjnych, zbudowano domy jednorodzinne. Muszę odwracać wzrok, bo aż boli.
- Dobry przykład, wracamy właśnie do „rozłażącej” się zabudowy. My mamy wyznaczoną ilość terenów nie na 20 lat do przodu, ale na sto! Jeżeli chcemy mieszkać wszędzie, nie będzie nas na to stać. Zyskują tylko spekulanci gruntem.

Ale skąd te domy na działkach, to dla mnie zabijanie jakości przestrzeni miasta?
- Długo o to dopytywałem, kto stoi za tą „światłą” myślą. Podobno, bo w końcu tego nie ustaliłem, był tam ktoś, komu zależało i burmistrz się przychylił do tej sugestii.

Mówi pan, że plany są dobre, a gdzie się nie odwrócę, to pojawia się konflikt zabudowy wysokiej, wielorodzinnej, z jednorodzinną. Czy naprawdę musimy stawiać bloki przy ogrodach, generować konflikty?
- Dobry plan dla wydziału inwestycji, to taki, przy którym nie ma sprzeciwu, który jest zaakceptowany u wojewody. Dzieje się tak, gdy chcemy zadowolić wąską grupę zainteresowanych.

A reszta nie może na to patrzeć.
- Ale burmistrz pozyskał znów kilka głosów wyborczych. Architekt powinien podejmować również niepopularne decyzje. To rola doradcy burmistrza, który będzie na tym zyskiwał, bo przestanie działać doraźnie. Tymczasem dziś mamy chowanie głowy w piasek, a potem narastające problemy.

To, aby powstające plany były dobre, jest moim zdaniem priorytetem, ale radzie brakuje umiejętności.
- Oczywiście, bo ktoś, kto zdobył mandat, nagle nie stanie się geniuszem, żadne kursy nie zrobią z niego urbanisty. Musi być fachowiec, który swoim imieniem i nazwiskiem będzie firmował wizję oraz jej realizację.

A tymczasem pan dostał wypowiedzenie.
- To słowo architekt na mojej wizytówce niewiele znaczyło. Może mnie ktoś zastąpi, ale bez zmian strukturalnych nic to nie da. Wspominałem o trzech wydziałach, których decyzje wpływają na rzeczywistość.

Ci urzędnicy mają swoje życie. Pan Czosnowski pilnuje szczegółów inwestycji, pani Major wylicza ilości odpadów, pani Drążek marzy o sprzedaży kwartału, żeby budżet się domknął.
- Trudno się dziwić, że nie mają wizji. Szkoda, że burmistrz nigdy nie czuł potrzeby powołania kogoś, kto będzie to koordynował. Myślę, że po moim odejściu nikt żalu nie odczuje.

Pamiętam, jak na spotkaniu w Dołgich stanął pan po stronie mieszkańców i protestował przeciwko powstaniu kurników.
- Jeśli dzieją się rzeczy złe i absurdalne, to trzeba o tym mówić głośno. Mam tam niedaleko działkę, nie wiem, czy będę tam coś budował, ale miałem prawo, aby głośno mówić, co myślę.

Urzędnicy patrzyli na pana dość nieprzychylnie.
- Jako osoba prywatna protestowałem przeciwko tak dużej ilości terenów pod zabudowę mieszkaniową w Gryfinie. Jeśli będziemy siedzieć cicho, nic z tego nie będzie. Architekt nie może być listkiem figowym i zasłaniać grzechy władzy.

Powinniśmy poszukać kogoś, kto przedstawi nam pomysł na miasto? To ma się odbyć w formie konkursu?
- Tak, ważne, aby osoba odpowiadała własnym imieniem i nazwiskiem, tak aby z tej pracy można było ją rozliczyć. Ewentualnie zmienić, jeśli pracuje źle.

To przez brak architekta, mamy problem przenosin targowiska?
- Oczywiście, powtarzam to od samego początku. Gdy zaczynaliśmy pracę przy nabrzeżu mówiłem ówczesnej naczelnik pani Klimek, aby widzieć nie tylko pasek nad rzeką, ale i kwartały. Podkreślałem konieczność stworzenia miejsc parkingowych czy relokacji targowiska. Zostało to odłożone i mamy to, co mamy.

Grzech zaniechania.
- Brak planu, brak działań i realizacji. Jeśli zaczyna się myśleć, dopiero gdy pod gabinetem burmistrza pojawili się rozzłoszczeni kupcy.

Wracając do nabrzeża. Mówił pan o konieczności zwartej zabudowy, kwartały nadodrzańskie to spełniają. A jednocześnie są tak wysokie wymogi, choć parkingi podziemne, że nie ma chętnych na ich zakup. Deweloperzy mówią, że na tym się nie zarobi.
- Sami to sobie zafundowaliśmy. To analogiczna sytuacja, jak zabudowa mieszkaniowa zbyt duża, mamy rozproszenie energii. Podchodzimy z przychylnością do projektów budowy kolejnych supermarketów i mamy tego efekt. Ludzie będą robić zakupy w dużych sklepach, mieszkać na dawnych polach rolniczych, usługi w centrum wymrą. Nic dziwnego, że kwartały będą długo czekały na kupca.

A co zrobić z targowiskiem?
- Przestać myśleć dniem dzisiejszym, a spojrzeć na perspektywę przyszłości. Czy kupcy muszą rzeczywiście dostać tyle miejsca, ile zajmują obecnie? Czy handel tym asortymentem za dziesięć czy kilkadziesiąt lat będzie jeszcze istniał? Przecież decyzja o przenosinach ma skutki długofalowe. Trzeba myśleć realistycznie, a nie życzeniowo.
rozmawiał Tomasz Miler

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


 

 


Reklama

Wideo gryfinska.pl




Reklama