Jak zawsze, pod koniec roku przypominamy osoby, które odeszły podczas ostatnich dwunastu miesięcy
Mieczysław Głuszko (1928-2025)
Miał 17 lat, gdy w lipcu 1945 r. został… sekretarzem gminy Mieszkowice. „Ukończyłem przed wojną siedem klas szkoły powszechnej, więc byłem jakby uczony”, mówił ze śmiechem. Nie chciał być urzędnikiem. Gdy zdał maturę, został nauczycielem w Liceum Pedagogicznym w Myśliborzu. Następnie tworzył analogiczne liceum w Chojnie, włącznie z budową nowej siedziby. Z tego samego powodu, wraz z żoną i dziećmi, w 1958 r. „zesłano go” do Gryfina.
Za sprawą jego działań, jako dyrektora szkoły, w 1960 r., powstał budynek dzisiejszego „liceum w parku”. Był też nauczycielem w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie, a w 1971 r. wyjechał z żoną do Chin. Był skarbnicą wiedzy o historii Gryfina lat 60., wielkim przyjacielem naszej redakcji. Trzy miesiące później, w wieku 70 lat, odszedł jego syn Mirosław (nauczyciel SP 2 w Gryfinie i Zespole Szkół Specjalnych w Nowym Czarnowie, inicjator akcji „Konkurs pięknego czytania”).
Jolanta Witowska (1955-2025)
Gryfińska radna, która w Radzie Gminy spędziła trzy kadencje Łącznie czternaście lat, od 2010 r. (za każdym razem z listy PO). W swojej działalności dała się poznać jaka wielka orędowniczka edukacji na rzecz opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Była organizatorką akcji „Sprzątnij po swoim psie”, walczyła o stworzenie wybiegu dla czworonogów na terenie miasta.
Z zawodu była nauczycielką, zajmowała się edukacją przedszkolną, lecz była również znana z działalność artystycznej. Należała do pierwszego składu, który w 2010 r. stworzył Grupę Teatralną „Gliptykos”.
- Tak wiele wspólnych spektakli, prób, spędzonych godzin... - powiedziała w ogromnym wzruszeniu reżyserka grupy, dodając, że Witowska inklinacje artystyczne wyniosła z domu. Występowała także w ostatnim przedstawieniu. „Była ciepłą, wspaniałą i życzliwą osobą, która kochała zarówno ludzi, jak i zwierzęta”, mówili w ostatnim pożegnaniu jej przyjaciele i koledzy z samorządu i sceny.
Władysław Pielechowski (1959-2025)
W Gryfinie spędził całe życie, wychowując się pośród gruzów śródmieścia. Przeszedł niezwykłą drogę: od zawodówki, przez technikum samochodowe, do studiów inżynieryjno-ekonomicznych. Pracował jako kierownik działu administracyjno-gospodarczego w Nadleśnictwie Gryfino. Zakładał i zarządzał SM „Taras Północ”, a od 2016 r. był prezesem Gryfińskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego.
W 2020 r. został przyjęty do Wydziału Edukacji i Spraw Społecznych UMiG. Przez trzy ostatnie lata toczył walkę z chorobą. Odszedł, gdy wydawało się, że leczenie przynosi skutek. Jak mówią bliscy: wierzył, że z nim wygra, żył normalnie, realizował marzenia. „Był dobrą, mądrą i lubianą osobą. Duszą towarzystwa, bardzo solidnym, skrupulatnym oraz rzetelnym człowiekiem. Miał mocny charakter także w chorobie, która go nie złamała. Do ostatnich dni żył normalnie i aktywnie”.
Lech Grabowski (1937-2025)
Pochodził ze Słupcy koło Poznania, w październiku 1945 r. jego rodzina zamieszkała w Szczecinie. Tam zdobył fach, był mistrzem cukiernictwa. Podczas pracy w szczecińskich zakładach
piekarniczych poznał żonę. Ślub wzięli w 1962 r., doczekując się trzech córek. W 1979 r. przenieśli się do Gryfina, gdzie wybudowali dom i otworzyli słynną cukiernię przy ulicy Asnyka. Lech prowadził ją do połowy lat 90. Był mistrzem ciasta drożdżowego, słynął też z serwowania prawdziwych lodów z automatu. „Zapisał się w podniebieniach gryfinian”, mówili czytelnicy, wspominając jego łabędzie, ptysie i eklery.
Służył pomocą innym cukiernikom. Pasją Grabowskiego były samochody, miał uprawnienia na wszystkie kategorie, a w jego garażu znajdował się zabytkowy Żuk.
Marek Jancewicz (1952-2025)
Był lekarzem weterynarii z Mielca, który w 1983 r., przez Warszawę i Kaszuby, trafił do Gryfina. Po zmianie ustroju zmienił branżę.
- Na prywatyzację znalazłem inny sposób, wspólnie z żoną odkupiłem ten sklep i prowadzę go już od 25 lat – mówił w 2013 r., mając na myśli „TOP ZOO”, słynny zoologiczny na Kwadracie.
W 2013 r. wyjechał do Londynu, na urlop do córki. Planowane dwa tygodnie zmieniły się w 12 lat.
- Chociaż nie znał języka, znalazł pracę w restauracji Jamie’go Olivera. Pracował również jako złoto rączka w jednej ze szkół. Zaangażował się w działalność społeczną. Brał czynny udział w działaniach londyńskiej Polonii. Wspierał tutejsze Poles Connect. Był znaną postacią, pisały o nim miejscowe gazety – mówi córka.
Renata Bulsa (1967-2025)
Zmarła 3 lutego w wieku 57 lat. Była znaną, lubianą i cenioną gryfinianką zaangażowaną w życie kościoła na Górnym Tarasie.
- Jej oddanie, serdeczność i pasja do pracy na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Renata pracowała w introligatorni, gdzie wraz z koleżanką dbała o to, by zniszczone książki mogły wrócić do rąk czytelników. Od lat można było usłyszeć jej głos, gdy wspierała znaną nam organistkę Edytę w kościele na Górnym Tarasie. Renata była bowiem wieloletnią członkinią kościelnego chóru. Zapamiętamy ją jako osobę pracowitą, sumienną i uczciwą, zawsze uśmiechniętą i gotową do pomocy. Była również kobietą głęboko wierzącą, ufającą Panu Bogu – skomentowali koledzy i koleżanki z Biblioteki Publicznej w Gryfinie.
Andrzej Klata (1977-2025)
Chociaż nie pochodził, ani nie mieszkał w Gryfinie, był postacią związaną z naszym regionem. Jedną z legend gryfińskich parkietów GALKO. Rekordzistą dwóch najważniejszych, indywidualnych statystyk. W 2002 r. otrzymał miano „debiutanta sezonu”, dokładając do niego koronę króla strzelców. Łącznie najlepszym strzelcem zostawał w sześciu sezonach z rzędu. Ponadto był czterokrotnie wybierany najlepszym koszykarzem GALKO i tyle samo razy dostawał statuetkę dla najlepszego strzelca za „3”.
- W dwudziestu dwóch edycjach rozegrał łącznie 323 mecze, w których zdobył 7 441 punktów. To rekord jeśli chodzi o historię gryfińskiej ligi. Andrzej jest też rekordzistą w klasyfikacji rzutów za trzy punkty. Zaliczył 1060 „trójek” – wyliczył organizator.
Izabela Janus (1935-2025)
Nauczanie miała we krwi. Była córką Antoniego Achremczyka, dyrektora SP 1 w latach 1951-70. Sama była związana przede wszystkim z I LO Gryfino, gdzie przez 40 lat uczyła biologii.
- Była wyrozumiała i cierpliwa, ale też stanowcza i wymagająca. Nie traciła pogody ducha, nawet w najtrudniejszych dla niej momentach. Uwielbiała przyjmować u siebie rodzinę i przyjaciół na kawę i ciasto, wspominać kolorowe czasy studiów, opowiadać anegdoty z czasów swojej profesury i narzekać na podwyżki rachunków. Była dużą indywidualnością, zawsze obstawiała przy swoim. Z jej oczu biła mądrość oraz przenikliwość, jak i niezwykła wrażliwość. Nigdy nie pogodziła się z przedwczesną śmiercią syna Krzysztofa – wspomnieli ją bliscy.
Józef Azarkiewicz (1951-2025)
Urodził się w Chwarstnicy. Po uzyskaniu tytułu inżyniera rolnika odbył staż w PZZ Herbapol, a w 1976 r. rozpoczął służbę wojskową. W 1979 r. pracował w Kombinacie Państwowych Gospodarstw Rolnych w Pęzinie, a kolejne dwa lata w stargardzkim Przedsiębiorstwie Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Ten etap życia to też praca jako kierowca bordowej taksówki. Na początku lat 80. wyjechał zaś do Niemiec Zachodnich, przywożąc „nowe spojrzenie na pracę w nowoczesnym gospodarstwie”. Na przełomie lat 80. i 90. założył w Chwarstnicy 80-arową plantację szparagów. - Całe jego życie było okresem wytężonej pracy. Odpoczywał nad wodą, pływał, gotował, uwielbiał ryby. Był ambitny, inteligentny, pracowity i wytrwały. Miał wiele marzeń, które spełnił – mówią bliscy.
Andrzej Pawelski (1960-2025)
Przez całe życie związany z Baniami i budowlanką, choć w latach 1987-89 pracował w bańskim urzędzie. - W 1990 r. zdecydował się na wyjazd do Czechosłowacji. Gdy wrócił, zaczął pracę w prywatnej firmie budowlanej w Szczecinie. Przez 28 lat dojeżdżał dzień w dzień z Bań, poświęcając się pracy, żyjąc nią. Był ponadto zatrudniony w gryfińskiej firmie budowlanej, by następnie wrócić do Urzędu Gminy Banie. Jako najbardziej doświadczony kandydat dostał stanowisko inspektora prac budowlanych i inwestycji. Był wielkim fanem sportu, któremu też poświęcał się w 100%. W młodości był piłkarzem Iskry, później pełnił funkcję członka zarządu. Po 2000 r. zaangażował się w środowisko piłki ręcznej w Baniach. Regularnie bywał też na meczach ukochanej Pogoni. Pozytywnym usposobieniem dodawał otuchy wszystkim wokół i sprawiał, że zły dzień stawał się lepszy – przekazali bliscy.
Anna Krawczyk (1949-2025)
Pierwszych siedem lat spędziła na zesłaniu. Na świat przyszła na Syberii, gdzie zesłani zostali jej rodzice. Po raz pierwszy nogę na ojczystej ziemi postawiła w 1956 r. Osiedlili się w Pacholętach, tam też– w 1968 r., jak absolwenta Liceum Pedagogicznego - zaczęła uczyć jako nauczycielka. W 1971 r. została żoną Mieczysława Krawczyka (mieli dwoje dzieci). W 1973 r. została zatrudniona w Sanatorium Neuropsychiatrii Dziecięcej w Nowym Czarnowie (była wychowawczynią, a później kierownikiem Zespołu Wychowawców). W 1978 r. podjęła pracę w Przedszkolu nr 4, by w 1981 r. zostać nauczycielką klas 1-3 w ZSP w Gryfinie, gdzie pracowała do 31 sierpnia 1986 r. Wówczas, na własne życzenie, zakończyła pracę i przeprowadziła się do Niemiec. Ostatnie cztery dekady spędziła w Bawarii.
Grzegorz Krywalewicz (1937-2025)
Urodził się w 1937 w Moreczu (obecnie Białoruś). Wojnę jego rodzina spędziła w III Rzeszy. Wracając przez Odrę zatrzymali się w Gryfinie, na plebanii ks. Jana Palicy. Wkrótce po tym przenieśli się do Bartkowa. Żonę Krystynę poznał w sąsiednim Wełtyniu, gdzie w maju 1961 r. wzięli ślub. Pierwszą pracę podjął w lecznicy dla zwierząt w Widuchowej i tam zamieszkali. Najważniejszym miejscem, z którym związali życie były jednak Banie, w których spędzili 60 lat. Tam urodziły się ich dzieci: Alicja i Andrzej. Mocno
przywiązali się przez ten okres do miasteczka i okolic, bogatych w jeziora i lasy, które uwielbiał. Spędzał dużo czasu, wędkując i wędrując po lasach. Cenił sobie kontakty z ludźmi i pracę. Jako technik weterynarii przepracował w Lecznicy w Baniach ponad 40 lat.
Janusz Łuszczewski (1963-2025)
Był prekursorem tenisa ziemnego w Gryfinie. Na przełomie lat 80. i 90. był zawodnikiem i trenerem Energetyka. Zajmował się szkoleniem młodzieży, a jego największym sukcesem było wyszkolenie mistrzyni kraju (mowa o Marcie Marchlik).
- Był super amatorem, tenisowym rzemieślnikiem, który wszystkiego nauczył się metodą prób i błędów. To rzadkie, by ktoś bez formalnych kwalifikacji wyszkolił mistrzynię! Był bardzo systematyczny, pracowity, zacięty. Być może po mamie, która była bardzo znaną nauczycielką. Nie miał nawet uprawnień trenerskich, tylko instruktorskie.– mówili koledzy. Zawodowo związany z elektrownią Dolna Odra, w której był zatrudniony od początku na wydziale remontów elektrycznych, później na wydziale ruchu elektrycznego.
Janina Karyczak (1924-2025)
„Stulatka z apetytem na życie”, jak przedstawiliśmy ją w tekście jubileuszowym. Urodziła się we wsi Chromohorb, niedaleko Lwowa. W październiku 1945 r. jej rodzina trafiła do Wielkopolski, gdzie poznała męża.
- To była wielka miłość, od pierwszego wejrzenia – mówiła. Mieszkali we Wrocławiu, lecz wyjazd na urlop do rodziny sprawił, że trafili do Gryfina.
- Nie podjęłam tu pracy, ale za to bardzo udzielałam się społecznie. Przez 10 lat byłam ławnikiem w sądzie, pracowałam w radzie nadzorczej Społem i w Praktycznej Pani. Pełniłam też różne funkcje w
popularnych wtedy komitetach sklepowych. Naszym zadaniem było sprawdzanie, czy nie wpływają skargi, albo propozycje klientów. Wspierałam też męża, zajmowałam się domem i dziećmi – opowiadała na naszych łamach.
Jan Słoboda (1939-2025)
Był długoletnim sołtysem Radziszewa. Życzliwym oraz uczciwym druhem i prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej.
- Gdy w 2005 roku objęliśmy zarządzanie jednostką, wspólnie z nowym zarządem, mieliśmy przed sobą wiele wyzwań. Pod twoim przywództwem wybudowaliśmy nową remizę, stworzyliśmy miejsce, które stało się sercem naszej strażackiej wspólnoty – mówił Andrzej Wiśniewski. Do sukcesów J. Słobody, jako prezesa, należał również zakup nowego samochodu ratowniczo-gaśniczego i sprzętu, który podniósł skuteczność jednostki. Za zasługi został odznaczany: Brązowym, Srebrnym oraz Złotym Medalem za Zasługi dla Pożarnictwa. Pośmiertnie otrzymał ponadto Srebrny Krzyż Zachodniopomorskiego Krzyża Świętego Floriana.
- Nie było dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Twoje zaangażowanie i oddanie były inspiracją dla wszystkich, którzy mieli zaszczyt z Tobą współpracować – żegnał kolegę A. Wiśniewski.
Eleonora Zakrzewska (1938-2025)
- Przed śmiercią powiedziała: „Przypilnuj rodziców, żeby ładnie się ubrali na pogrzeb, bo będzie bardzo dużo ludzi”. Babcia do końca pozostałą sobą. Troskliwa, przewidująca - mówiła wnuczka. Pochodziła spod Wilna, ale mało opowiadała o „tamtych czasach”. Mówiła, by nie żyć przeszłością, tylko tym co jest tu i teraz. Była księgową w PGR Stare Brynki, gdzie jej rodzina zamieszkała w 1945 r. Później przeniosła się do gryfińskiej Centrali Nasiennej, a w 1998 r. zapisała się do Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów, dwa lata później zostając jego przewodniczącą.
Pełniła tę funkcję przez ćwierć wieku. - Posiadała cechy przywódcze, dzięki niej związek się bardzo rozwinął. Organizowała wycieczki, liczne imprezy okolicznościowe, w każdym miesiącu coś. Była świetną organizatorką, dzięki czemu stworzyła społeczność, która w pewnym momencie osiągnęła 500 członków! – mówili koledzy. Działała ponadto w PCK.
Helena Pawelska (1923-2025)
102-latka, która w Gryfinie spędziła 43 lata życia. Pochodziła z Mazur, skąd wyjechała z powodu trudnej sytuacji materialnej. Miała 22 lata, gdy została panną z dzieckiem. Dziesięć lat później poznała w Gołdapi (pracowała w kuchni w tamtejszej cegielni) 27-letniego Henryka. Wzięli ślub a on uznał jej córkę za własną. Stworzyli kochającą rodzinę, a gdy ich jedynaczka wyszła za mąż, przenieśli się z nią do Zaniemyśla. W 1970 r. zamieszkali w Cedyni, aż do 1982 r., gdy otrzymali mieszkanie na Górnym Tarasie w Gryfinie.
Zmarła będąc jedną z najstarszych mieszkanek powiatu. - Do ostatniego dnia była sprawna na umyśle, świadoma otaczającego ją świata, a do tego z głową pełną wspomnień. Cały czas opowiadała co, kto i gdzie zrobił. Gorzej z ciałem, bo jej sztuczny staw biodrowy wytrzymał 13 lat, wobec czego trzy ostatnie spędziła leżąc. Było to dla niej uciążliwe, bo wcześniej wszystko robiła sama – mówiła jej jedyna wnuczka.
Janina Nikitińska (1950-2025)
W 1968 r., tuż po liceum, podjęła pracę w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gryfinie. Początkowo jako pracownik Wypożyczalni dla Dorosłych, a od 1970 r., do przejścia na emeryturę w 2008 r., pełniła funkcję kierownika Oddziału Dziecięcego.
- W bibliotece spędziła 40 lat. Jej praca zawodowa oraz osiągnięcia w zakresie popularyzacji książki i czytelnictwa były zauważone i docenione. W 1991 r. otrzymała tytuł Zasłużonego Działacza Kultury, zaś w 2004 r. odznaczona została Srebrnym Krzyżem Zasługi. W 1980 r. została wybrana przewodniczącą NSZZ Solidarność biblioteki. Była ławniczką w sądzie – wspomnieli koledzy z pracy. W latach 2002-2014 zasiadała w Radzie Miejskiej, przez osiem lat przewodniczyła Komisji Spraw Społecznych. We wrześniu odszedł jej mąż Edmund.
Beata Wawrzyniak-Wiśtak (1978-2025)
Odeszła zaledwie trzy tygodnie po usłyszeniu diagnozy. Nawet podczas choroby myślała o pracy. Przez większość życia była zatrudniona w Przedszkolu nr 2. Ostatnich osiem lat spędziła w Żłobku Miejskim w Gryfinie.
- Miała ogromną wiedzę i zapał do działania. Praca z dziećmi była jej życiowym powołaniem. Była koleżeńska, zawsze gotowa do pomocy. Była wspaniałą koleżanką, potrafiła wysłuchać, doradzić i służyła wsparciem w trudnych chwilach. Dobra organizatorka wspólnych imprez i zabaw. Dlatego została wybrana przewodniczącą Związku Zawodowego Nauczycielstwa Polskiego przy żłobku - przekazali koledzy oraz dyrekcja placówki. Jej oczkiem w głowie była córka, z którą dzieliła wspólne pasje. M.in. artystyczne oraz podróżnicze.
Anna Sochaj (1940-2025)
Urodziła się we wsi Gołąb, w ubogiej chłopskiej rodzinie. Ambicja, pracowitość i upór sprawiły, że najpierw skończyła Studium Nauczycielskie, potem UMCS w Lublinie na wydziale chemii. Poznała tam przyszłego męża, Ryszarda. W 1964 r. przybyli do Gryfina. Uczyła chemii, fizyki i matematyki w praktycznie wszystkich szkołach średnich w Gryfinie. - Była lubianą i szanowaną profesor, co potwierdzają jej wychowankowie. Ostatecznie zawodowo związała się z ZSZ na Łużyckiej. Przez wiele lat pełniła funkcję wicedyrektor, a później dyrektora. Angażowała się społecznie. Była radną samorządów różnego stopnia, ostatnio radną i szefową jednej z komisji w powiecie. W ostatnim okresie pensjonariuszka seniora w Lagunie, gdzie znalazła wsparcie i pogodę ducha – mówią bliscy.
Stanisław Olek (1953-2025)
Dla wielu po prostu „Stasiu”. Przez ponad 30 lat był filarem zespołu Pogotowia Ratunkowego w Gryfinie. W sytuacjach, gdy liczyły się sekundy, a każdy ruch i decyzja mogła zaważyć na życiu, zawsze był tam, gdzie trzeba. Zawodowy kierowca karetki, cechujący się profesjonalizmem, spokojem i niezwykłą empatią. Jego doświadczenie, wiedza i opanowanie dawały poczucie bezpieczeństwa nie tylko pacjentom, ale też współpracownikom. Dla młodszych kolegów w pracy był wzorem. Człowiekiem o złotym serrcu, od którego można się uczyć nie tylko fachu, ale też szacunku do drugiej osoby i odpowiedzialności za jej los. Wśród znajomych i rodziny znany jako niezawodna „złota rączka”. Potrafił naprawić, zmajstrować i udoskonalić niemal wszystko. Jego zamiłowanie do majsterkowania było tak samo szczere i oddane, jak podejście do pracy. Od zawsze związany z Gryfinem, zawsze służył pomocą, radą i dobrym słowem.
Jerzy Herwart (1958-2025)
Był wieloletnim sekretarzem Urzędu Miasta i Gminy Gryfino.
- Gdy w 1990 r. przychodziłem do gryfińskiego magistratu jako naczelnik, to Jerzy Herwart był już sekretarzem. Potem to właśnie on pilotował pierwsze wybory do Odrodzonego Samorządu Terytorialnego w Gryfinie – wspominał Wojciech Długoborski.
Posiadał dyplom ukończenia prawa administracyjnego. Jak podkreślali jego współpracownicy, był niezwykle kompetentną osobą. Następnie był wieloletnim sekretarzem Powiatu Gryfińskiego (za czasów E. De La Torre i krótko u W. Konarskiego). W 2007 r. został dyrektorem szpitala, a następnie wrócił do gryfińskiego magistratu (inspektor w Kontroli Wewnętrznej). Był jednym ze współtwórców GALKO, czyli lokalnych rozgrywek koszykówki.
Alicja Behan (1931-2025)
Znana i ceniona gryfińska pedagog, która przez ponad trzydzieści lat była związana ze szkołą przy ulicy Łużyckiej. W latach 1966-1989 była bowiem nauczycielką ekonomicznych przedmiotów zawodowych w dzisiejszym Zespole Szkół Ponadpodstawowych. Pełniła również funkcję zastępcy dyrektora Liceum Ekonomicznego w Gryfinie oraz kierownika i zastępcy kierownika internatu. „Prof. Behan uczyła mnie księgowości w zawodówce o profilu handlowym w latach 70.”, „Pani Behan prowadziła kółko taneczne, na które chodziłam. Druga połowa lat 80”, „Moja pierwsza mentorka na drodze zawodowej”, „Moja ukochana wychowawczyni”, „Moja wychowawczyni w latach 1980-83. Fajna babka z niej była, latała z nami po górach w długiej spódnicy, która później okazała się spodniami. Prowadziła kółko taneczne, była dobrą wychowawczynią”, pojawiło się we wspomnieniach uczniów.
Mariusz Pałgan (1984-2025)
Był znanym i charakterystycznym lokalnym kibicem, którego odejście przyjęto z ogromnym smutkiem oraz niedowierzaniem. Zmarł bowiem nagle, podczas spaceru przez Park Miejski.
- Zespół ratownictwa medycznego został zadysponowany do nagłego zatrzymania krążenia. Na miejscu wezwania znajdował się poszkodowany mężczyzna lat 41, któremu pomocy udzielali już świadkowie zdarzenia. Niestety pacjenta nie udało się uratować – informowały wówczas służby.
Mariusz był wieloletnim pracownikiem Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych, znanym przede wszystkim ze swojej kibicowskiej pasji. Był wielkim fanem lokalnych drużyn: Pogoni Szczecin, PGE KPR i Energetyka Gryfino, w którego barwach można było spotkać go na co dzień.
Krystyna Wyrwicz (1947-2025)
Przyszła na świat i wychowała się w Dobrzanach. Następnie uczęszczała do Liceum Pedagogicznego w Stargardzie, by w 1971 r. ukończyć Studium Nauczycielskie w Szczecinie, ze specjalizacją „nauczanie początkowe z wychowaniem muzycznym”. Pracowała w Szkołach Podstawowych nr 1 i 3 w Gryfinie, a także w Zespole Szkół Ogólnokształcących. Była znaną i cenioną gryfińską nauczycielką, której odejście pozostawił smutek i żal u wychowanków. We wspomnieniach charakteryzowali ją jako zawsze uśmiechniętą, podchodzącą z troską do innych. Pogodną kobietę ze wspaniałym poczuciem humoru i osobowością oraz wielkim sercem. Nie tylko świetnego człowieka, ale również pedagog i wychowawczynię, którą cechowała ogromna empatia i szacunek do uczniów oraz kolegów. Pozostała taka do ostatnich dni. - Zawsze szczera, uśmiechnięta z dobrym słowem na korytarzu szpitalnym – napisała w mediach społecznościowych jedna z czytelniczek.
Franciszek Mikołajko (1932-2025)
Wieloletni wiceprezes Gryfińskiego Koła Sybiraków, współzałożyciel Powiatowego Zarządu Ligi Obrony Kraju i przez ponad 40 lat instruktor nauki jazdy w LOK. Przede wszystkim mówił jednak o sobie jako Sybiraku. Był synem piłsudczyka, który wraz z rodziną trafił w 1940 r. na Sybir. W Krasnojarskim Kraju spędzili sześć lat. Do Gryfina przyjechali w sierpniu 1946 r. Wykształcił się na piekarza, ale był to jeden z wielu jego zawodów. Poszedł do szkoły samochodowej, gdzie uzyskał wszystkie kategorie prawa jazdy, kurs spawacza i mistrza rolnictwa.
- Trzeba było kombinować, aby przeżyć – mówił nam, dodając że pracował też jako strażak oraz był zatrudniony w elektrowni Dolna Odra. Kilkukrotnie powtarzał, że „kto posmakował raz piekła Sybiru, zostaje Sybirakiem na zawsze”.
Daniela Tessar (1936-2025)
- W styczniu 1961 r. nastąpiło uroczyste otwarcie klubu Odys. Przyszłam tutaj jako kierowniczka na etat. Z zobowiązaniem, że będę prowadzić też… bibliotekę, dbać o księgozbiór, powiększać go i dać o to, żeby służył społeczeństwu – opowiadała, wspominając 43 lata, które spędziła w słynnej kawiarni.
Spółdzielnia Społem wówczas zajmowała się nie tylko rozrywką.
- Mój mąż Marian Tessar był prezesem Społem do której należał Odys, Zalipie i winiarnia. To były trzy popularne miejsca, do których gryfinianie przychodzili również by dotknąć kultury. Działaliśmy w tym względzie na równi z GDK – przypominała. „ W Gryfinie to jedna z najbardziej znanych kobiet z ogromną kulturą i klasą. Zawsze elegancka, świetny organizator i wspaniały, życzliwy człowiek”, pisała o niej Tamara Szymańska w jubileuszowym tekście.
Michał Udała (1924-2025)
- Był członkiem Armii Krajowej w okręgu lwowskim, z którego pochodziła jego rodzina. Na Ziemie Zachodnie przyjechali bez ojca, który podczas wojny zginął z rąk ukraińskich nacjonalistów – padło podczas obchodów setnej rocznicy jego urodzin, którą świętowała społeczność południa powiatu. Najpierw zamieszkał w Moryniu, a następnie w Przyjezierzu. Był nauczycielem. Przez dwa lata uczył w Godkowie (1947-49), pięć kolejnych w Jeleninie, a w 1954 r. został kierownikiem szkoły w Goszkowie w gminie Mieszkowice.
- Jego oddanie i zaangażowanie zaowocowało powstaniem tzw. Tysiąclatki. W budynku szkoły, której nadano im. Konopnickiej, pracował do emerytury. Jeszcze jako kierownik podnosił kwalifikacje, zostając magistrem geografii na UAM. Wpływ, który wywarł na kilka pokoleń mieszkańców regionu jest nieoceniony – przyznawali wychowankowie. Jego setne urodziny świętowała cała gmina.
Teresa Zimnoch (1950-2025)
Ukochana nauczycielka całego Radziszewo. W tamtejszej SP przepracowała 56 lat!. Najpierw jako nauczycielka, a następnie kierowniczka biblioteki szkolnej.
- Rozbudzała w młodzieży miłość do książek poprzez konkursy oraz wyjazdy do bibliotek. Dzięki jej zaangażowaniu szkoła wygrywała konkursy dotyczące czytelnictwa. Była pasjonatką i cudownym człowiekiem o dużej wrażliwości. Życzliwa i oddana, perfekcyjna we wszystkim, co robiła. Cały czas nadążała z wymogami prawa oświatowego. Mimo seniorskiego wieku, chcąc być na bieżąco i móc pracować w bibliotece, nauczyła się obsługi komputera – mówiła w pożegnaniu dyrektor szkoły.
W 2019 r., w podziękowaniu za całokształt zawodowy, otrzymała nagrodę burmistrza. Choroba dopadła ją nagle, pod koniec września. Odeszła 1 października.
Krzysztof Kozak (1972-2025)
Był jednym z najdłużej pracujących instruktorów w Gryfińskim Domu Kultury. Związał się z nim w grudniu 1988 r., gdy jako… 15-latek zorganizował pierwszy koncert z cyklu „Ewolucja”. Impreza doczekała się kilkudziesięciu edycji i miana kultowej. W listopadzie 1991 r. przy ul. Szczecińskiej w Gryfinie wystąpił (jeszcze wówczas szerzej nieznany) amerykański zespół Green Day. – Był młodym, ambitnym i pełnym talentu nastolatkiem – mówiła ówczesna dyrektor GDK. W latach 90. wspólnie wymyślili inne ważne dla miasta wydarzenie. W 1995 r. odbyły się pierwsze Dni Gryfina. Kozak wymyślił nazwę, a następnie organizował imprezę przez kolejne trzy dekady.
- Pracował ponadto w szczecińskich klubach Trans i Słowianin oraz w rozgłośniach radiowych AS, ABC. Przez wiele lat był menagerem zespołu Kolaboranci, który dzięki kontraktowi z wytwórnią Izabelin wydał kilka płyt – pisaliśmy w pożegnaniu. Zmarł w październiku po kilkumiesięcznej chorobie.
Zofia Solska (1933-2025)
Była jedną z najstarszych mieszkanek gm. Trzcińsko-Zdrój.
- Mieszkała w Piasecznie, gdzie z rodziną przybyli tu po roku 1945 r. Wraz z bratem Włodkiem opowiedzieli historię, dzięki której we wsi stanął głaz upamiętniający wszystkie ofiary spoczywające w bezimiennych mogiłach na Pomorzu Zachodnim – pisało Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Trzcińskiej. W 2023 r. Zofia Solska podzieliła się swoją relacją z Andrzejem Krywalewiczem.
- Pochodzę ze wsi Opryłowce. Do Zbaraża pieszo było 10 km, a do Tarnopola 25 km. Mój pociąg zatrzymał się w Trzcińsku 12 września 1945 r. Czuliśmy się jak pijaki. My i zwierzęta, siedem tygodni w drodze swoje zrobiło. Przez całą drogę skład konwojowało trzech Rusków i jeden Polak. Jeden powiedział, że dalej już pociąg nie pojedzie. Dotarliśmy wozami do Piaseczna, chyba ze dwadzieścia rodzin tutaj przyjechało. W wiosce Niemców jeszcze „było pełno”; kobiet z dziećmi i starców. Obowiązywała zasada, kto pierwszy wbiegnie i zajmie gospodarstwo, to już jest jego. Początkowo zamieszkaliśmy pięć rodzin w jednej chałupie, bo każdy się po prostu bał – mówiła.
Elwira Alchimowicz (1937-2025)
Pochodziła z Turobina (powiat biłgorajski). Jesienią 1962 r., jako absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, przyjechała do Gryfina, gdzie otrzymała etat. Została wówczas nauczycielką języka polskiego w I Liceum Ogólnokształcącym.
- Była życzliwa, dobra i pomocna, a jednocześnie niezwykle skromna. Nie lubiła rozgłosu, nie pchała się na afisz. Nie chciała, by ludzie mówili o jej zasługach oraz dobrych uczynkach. A miałaby o czym opowiadać, bo już jako nauczycielka wspierała uczniów, którym nie przelewało się w domu – opowiadała jej wychowanka.
Już zimą 1963 r., podczas zimowych ferii, wzięła ślub z Ludwikiem Alchimowiczem. Kolegą z pracy, który uczył wf-u oraz zajmował się szkoleniem lekkoatletów (był twórcą Hermesa Gryfino). - To była miłość od pierwszego wejrzenia. Małżeństwem zostali po mniej niż pół roku! Zresztą rodzice zawsze bardzo się kochali i szanowali, co było widać na co dzień. Stanowili jedność - mówi Michał, najmłodszy z ich trzech synów. Przyjaciółka i spadkobierczyni Stanisławy Siarkiewicz.
Józefa Widzińska (1922-2025)
Była najstarszą gryfinianką. Na świat przyszła 7 lutego 1922 r. jako Józefa Zatyracz. Jej rodzina pochodziła z okolicy Sanoka, ale jeszcze przed wojną przeniosła się do Kałusza. W sierpniu 1945 r. znalazła się natomiast w pociągu, którego bieg zakończył się na stacji w Gryfinie. Przyjechała razem z Edmundem Hellarem, z którym doczekała się dwójki dzieci.
- Mama pochodzi ze wsi i bardzo kocha zwierzęta. W Gryfinie zajęła się uprawą warzyw, które sprzedawała do skupu. Chowała także bydło, które wypasało się na Międzyodrzu. Zaczęło się od kozy-żywicielki, którą tato, za przywieziony spirytus, kupił od rosyjskiego żołnierza. Trudno było jednak nie tylko w pierwszych powojennych latach. Podczas panującej w mieście epidemii brat zapadł na chorobę Heinego Medina. Leczenie go pochłaniało mnóstwo czasu, sił i środków. Żyło się bardzo ciężko – opowiadała nam jej córka, Wanda Grzelak.
Józefa pracowała zawodowo: w żłobku, milicji (przez rok, jako dozorca-palacz), gospodzie, liceum, a w tzw. marmoladziarni dorabiała szyciem. Dożyła 103 lat.
Zygmunt Rybicki (1935-2025)
Był znanym i cenionym ślusarzem, który prowadził swój zakład przy ulicy Łużyckiej w Gryfinie. Jako dawny wojskowy należał ponadto do Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych Koło w Gryfinie.
Od lat uczestniczył we wszystkich uroczystościach, czyniąc to jako członek pocztu sztandarowego swojego związku. Po jego śmierci w gryfińskim ZKRPi BWP pozostał już tylko jeden członek, prezes Leopold Granis.
Zygmunt Rybicki zmarł 7 grudnia, w wieku 90 lat. Jego ostatnia ziemska droga odbyła się dzisiaj, w czwartek 11 grudnia. Zmarły spoczął na Cmentarzu Komunalnym w Gryfinie.
Maria Chmielnicka (1933-2025)
Jedna z najstarszych mieszkanek gm. Banie. Pochodziła z 8-osobowej rodziny z Kostopola. W miasteczku nad Tywą zamieszkali w kwietniu 1947 roku.
- Rodzice podjęli decyzję o wyjeździe do miasta, w którym wcześniej zamieszkały trzy siostry mojej mamy. Do Bań dotarliśmy pociągiem 26 kwietnia 1947 r. Był to słoneczny, pogodny dzień. Na stacje w miasteczku przybyli chyba wszyscy członkowie rodziny, którzy tutaj osiedli po zakończeniu II wojny światowej – opowiadała. Z pierwszych lat powojennych zapamiętałam wiele epizodów. Wiele z nich traktowała jako małoznaczące. Stanowiły jednak nie tylko cząstkę jej młodzieńczego życia (miała wszak wówczas 14 lat). To również bezcenny opis życia społecznego w powojennych Baniach. Relacja została zachowana za sprawą Andrzeja Krywalewicza, który uczynił z niej rozdział książki „Tan, gdzie zatrzymał się pociąg”. Pani Maria związała się na całe życie z Baniami. W 1950 r. wyszła za staszego o dziewięć lat Franciszka Chmielnickiego. Doczekali się dziesiątki potomstwa.
Stanisław Szuflak (1953-2025)
- Jestem alkoholikiem, cierpię na nieuleczalną chorobę – przyznawał wielokrotnie. Początki nałogu były związane z rodzinnym Gryfinem. Tu przyszło też wyleczenie. Za kulminacyjny moment picia przyjmował rok 1992. W pamięci zapadła mu Wigilia, podczas której postanowił zakończyć swoje życie.
Zamiast tego trafił do szpitala na trzytygodniową kurację, po której zamieszkał na plebanii u ks. Stanisława z Żabnicy. - Następnie zawiózł mnie do Klubu Abstynenta w Gryfinie. Tam spotkałem ludzi, którzy podobnie jak ja zmagali się z nałogiem, ale mieli już w tej walce nieco dłuższy staż - mówił Szuflak, który przez kolejne 32 lata sam wspierał walczących z uzależnieniem. Swoją działalność prowadził w całym regionie. Pomagał nie tylko mieszkańcom Widuchowej, która uhonorowała go przed śmiercią, ale też Żabnicy, Gryfina, Szczecina, Nowogardu i innych miejsc na terenie województwa. Czynił to na co dzień oraz za sprawą cyklicznych imprez. W tym Pieszej Pielgrzymki do Sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie, organizowanej przez niego przez kilkanaście lata.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze