Beata Wawrzyniak-Wiśtak odeszła przedwcześnie, zaledwie trzy tygodnie po usłyszeniu diagnozy, z którą nie mogła pogodzić się do ostatnich dni. Zmarłą wspominamy wspólnie z jej bliskimi: mamą, siostrą oraz koleżankami z pracy
Beata usłyszała diagnozę krótko po Dniu Matki.
- W sobotę 24 maja obchodziłam urodziny, więc zrobiłam łączoną imprezę. Beatka przyszła z kwiatami i prezentem. Była nieswoja, powiedziała, że od kilku dni pobolewa ją brzuch. Nie mogła jeść, dziabnęła tylko trochę sałatki i ciasta. Dostała tabletkę, ale nie pomagała. Nie sądziłyśmy, że może dolegać jej coś poważniejszego, niż „takie, tam kobiece sprawy”. Beata bardzo dbała o zdrowie, regularnie chodziła do lekarza. Miała przed sobą pracowity okres, zbliżał się koniec roku szkolnego, więc profilaktycznie zrobiła badania brzucha. „Coś wykazały, córuś?”, zapytałam pod koniec maja. Odpowiedziała, że jakieś guzki na wątrobie i musi iść do lekarza na konsultację. Poszła i nie wróciła już do domu – opowiada jej mama.
Wyniki badań nie dawały Beacie szans na wyzdrowienie.
---------------------------------
W końcu lekarz wyznał prawdę: „Bardzo mi przykro, ale nic nie da się zrobić. Pani umiera. Proszę uregulować swoje sprawy i pożegnać się z najbliższymi”. Mimo upływu miesiąca jego słowa cały czas wybrzmiewają w głowie naszej rozmówczyni.
- Beatka siedziała na krześle. Wpadła w rozpacz. Zaczęła błagać: „Niech mnie pan ratuje. Ja mam córkę, mam pracę, tyle marzeń, ja chcę żyć”, powtarzała. Nie chciała się uspokoić. Lekarz wyszedł, zostałyśmy same, zrozpaczone i bezsilne – przyznaje Janina Wawrzyniak.
Cały artykuł znajduje się w aktualnej Gazecie Gryfińskiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze