Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego

Zbigniew Woroszczak. Historia gryfińskiego posła

Artykuł wyborczy zamieszczony w
Artykuł wyborczy zamieszczony w "Echo Gryfina" z okazji wyborów do Sejmu

Większość życia Józefa Zbigniewa Woroszczaka zajmowała praca lekarza weterynarii oraz sport. Jako utalentowany ciężarowiec, kilkukrotnie brał udział w Mistrzostwach Polski w wadze muszej i koguciej, dostając nawet powołanie do kadry narodowej! Energię i ambicję wykorzystywał w pracy na rzecz społeczeństwa. Przez wiele lat pełnił funkcję trenera podnoszenia ciężarów w LKS Piast Gryfino, zaś w latach 1991-1993 był posłem na Sejm w pierwszych, w pełni demokratycznych wyborach po II wojnie światowej. Zapisał się w annałach, jako jedyna osoba w historii parlamentaryzmu, która doprowadziła do utajnienia obrad Sejmu, zasłużył się dla weterynarii i polskich rolników, których przez całe życie uważał za sól ziemi. Przedstawiany wspomnienia Józefa Zbigniewa Woroszczaka

Reklama

 

Polityka pojawiła się w moim życiu samoistnie. Wszystko przez moje wychowanie, bo od zawsze wiele rzeczy mnie interesowała. Gdy nauczycielka w siódmej klasie szkoły podstawowej, młoda komunistka, mówiła, że Polska powstała 22 lipca 1944 roku powiedziałem, że to niemożliwe, bo ja sam urodziłem się w 1940 roku, a mój tata jest jeszcze starszy. Wygoniła mnie wtedy do domu i kazała przyjść z ojcem. Tata mnie jednak za to nie ukarał, tylko powiedział, że w szkole mam robić tak, by zdać z klasy do klasy, a on w domu będzie uczył mnie historii, tej prawdziwej. O wojnie, o Katyniu, o tym jak uciekaliśmy przed Ukraińcami z rodzinnego Tłumacza. Byłem więc świadomy wielu ważnych rzeczy i wyczulony na ludzką krzywdę. Chcę przez to powiedzieć, że nie zmierzałem do tego, by być politykiem. Zostałem nim przez moją buntowniczą naturę, która dawała znać o sobie nie tylko w szkole podstawowej, ale też w technikum, na studiach i potem w czasie pracy zawodowej.

Jako lekarz weterynarii poznałem w głębszy sposób problemy ludzi, dla których pracowałem. Mam tu na myśli rolników, którzy płacili obowiązkowe dostawy żywca. 

Uznałem, że mógłbym jakoś tym chłopom pomóc, w ich imieniu powalczyć o lepszy sprzęt i lepsze traktowanie. Początkowo się to udawało, ale potem napotkałem na trudności. Miejscowi decydenci uznali, że wszystko idzie na moje konto, a nie na ich i odmówili mi współpracy. Uświadomiłem to sobie po spotkaniu z sekretarzem w Starym Czarnowie, który spytał mnie: „A kim pan jest, by z panem o tym rozmawiać?”. W 1974 roku wstąpiłem więc do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i mogłem występować oficjalnie, miałem większą moc sprawczą, by pomóc potrzebującym rolnikom. I tak narastała moja wartość w oczach ludzi, tym bardziej, że w latach 80-tych weterynaria, którą przecież też reprezentowałem, opowiedziała się po stronie NSZZ Solidarność. Był to potężny ruch wolnościowy, skupiający ludzi z rozmaitych środowisk, którzy czuli, że czas na zmiany. W latach 1979-1980 byłem przewodniczącym Związku Zawodowego Pracowników Weterynarii w Pyrzycach, a w 1980 roku ludzie znów mi zaufali, wybierając na przewodniczącego NSZZ Solidarność w Powiatowym Zakładzie Weterynarii w Pyrzycach. Dzięki temu miałem szansę dialogu z ludźmi, tak w czasie zgłoszeń, jak i dożynek, w czasie których zabierałem głos. Nawet po 1981 roku, gdy trwał „Stan Wojenny” i nie było już takiej swobody wypowiedzi.

I tak krok po kroku, więc, gdy w 1991 roku wystartowałem w wyborach, ludzie to pamiętali i ufali mi. A ja wiedziałem, że po upadku komunizmu trzeba na nowo tworzyć Polskę. Miałem wiele chęci i ambicji, by w tym uczestniczyć oraz pomóc ludziom, którzy przez lata doświadczali na sobie wyzysku i uciemiężenia.

 

Wybrany na posła I kadencji

Mój start w wyborach został poprzedzony wewnętrznymi wyborami. Nieco wcześniej, bo w 1989 roku zostałem tymczasowym Prezesem Zarządu Wojewódzkiego Ruchu Ludowego i automatycznie

stałem się członkiem Rady Naczelnej ZSL. W tym czasie nastąpił rozłam. Wyłonił się nurt postępowy, który miał na celu odbudowanie tradycji Ruchu Ludowego, trwającego od 1895 roku. Byłem w grupie piętnastu działaczy, którzy zmierzali do utworzenia Polskiego Stronnictwa Ludowego. Hasło konieczności zmian, po raz pierwszy padło zresztą w 1990 roku w Szczecinie. Na pierwszym wojewódzkim zjeździe powiedziałem, że my nie chcemy żadnego PSL Odrodzenie czy Wyzwolenie i przyjmiemy nazwę Polskie Stronnictwo Ludowe. Odbiło się to dobrym echem wśród ludowców w Polsce. Inne województwa poszły naszym przykładem i w maju Kongres Ruchu Ludowego przyjął właśnie tradycyjną nazwę – PSL.

Byłem jego członkiem przez wiele lat. Jestem z tego dumny, bo uważam, że chłop to największy patriota. Nie ucieknie z kraju, bo ma tu ziemię. Jest też wyznawcą tego, co PSL głosi, umiłowania ojczyzny, wiary chrześcijańskiej i jednocześnie uporu o zachowanie suwerenności ojczyzny. 

Wybory do Sejmu I odbyły się w październiku 1991 r.  Poprzedzała je kampania wyborcza, pierwsza demokratyczna w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Ulotki powstawały na powielaczu i wyglądały trochę jak list gończy. Przedstawiały jedynie kontur twarzy, były czarno-białe, w praktyce nie do odczytania. Nie było plakatów, ani bilbordów, ale za to było dużo spotkań z ludźmi. Jeździliśmy po województwie i na wiece przychodziły rzesze ludzi. W jednej miejscowości zaproszono nas na stadion, a przed nami szła orkiestra i grała pieśń Legionów, do której przed laty maszerowały oddziały Piłsudzkiego. To było coś niesamowitego. W czasie spotkań mówiliśmy o wielu sprawach, w tym o wojskach Armii Radzieckiej które wciąż stacjonowały w liczbie ogromnej liczbie, począwszy od Świnoujścia, przez Borne Sulinowo, a na Legnicy kończąc. Dostaliśmy pytanie: „Co zrobicie z mieszkaniami, których brakuje?”. Odpowiedziałem, że trzeba wyprowadzić Armię Czerwoną, bo zajmują całą Legnicę, nazywaną zresztą „Małą Moskwą”. Ludzie z Solidarności mówili mi potem, że jestem odważny, bo oni ważyli słowa. Ja nie miałem czego ważyć, bo nie zdawałem sobie sprawy, że mogą czekać mnie reperkusje ze strony władz. Nie było tak, że nabrałem odwagi dopiero po 1989 roku. Ludzie to wiedzieli, czuli, że nie udaję, nie gram, że nie robię nic pod publiczkę. Dlatego mój wynik wyborczy oscylował wokół czterech tysięcy. Ogłoszono go, gdy byłem w pracy. Wracałem wieczorem z terenu i zaszedłem do siedziby gminy, by coś podpisać.  Gdy wszedłem, obecni podnieśli się z krzeseł, w tym jeden „mocno partyjny” działacz. Co ciekawe, powiedział wtedy: „Jestem dumny, że mogę teraz siedzieć z posłem”. Wtedy ujrzałem prawdziwe oblicze takich ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że kończy się ich czas i ma ostatnią szansę na podlizanie się nowej władzy. W takich okolicznościach otrzymałem informację o tym, że dostałem się do Sejmu I kadencji.

 

Zasłużył się dla weterynarii

Co czułem przekraczając próg Sejmu? Nie było to dla mnie nic nowego, bo od dwóch lat byłem w Krajowej Radzie ZSL, a potem PSL i obcowałem środowisku parlamentarzystów. Mieliśmy zresztą dwóch swoich posłów w Sejmie kontraktowym (1989-1991), zwanym też Sejmem X kadencji PRL. Jednym z nich był nieżyjący już Wincenty Leszczyński z Goleniowa, a drugim Jerzy Rosiak od nas, z Gryfina. Od 1986 roku pełnił funkcję kierownika Wydziału Budowlanego Zespołu Elektrowni „Dolna Odra” oraz był prezesem koła Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego przy KGR Gryfino. Mandat na Sejm kontraktowy uzyskał w 1989 roku. Jeżdżąc do stolicy na obrady kongresu Ruchu Ludowego, spałem u nich w sejmie i działałem z posłami. Gdy w 1991 roku sam zostałem posłem, to nie był to dla mnie szok, bo znałem dobrze parlament i działaczy.

Ze względu na zainteresowania działałem w Komisji Młodzieży Kultury Fizycznej i Sportu. Wtedy były jednak ważniejsze kwestie niż budowanie stadionów, czy sal sportowych, bo trzeba było zająć się sprawami gospodarczymi oraz prawnymi i bytowymi. Sejm I kadencji miał bowiem za cel skierować wszystko na nowe, demokratyczne tory. Sport był ważny, ale nie najistotniejszy.

Dlatego mocno działałem też w drugiej komisji, także związanej z moimi zainteresowaniami, a dokładniej w Komisji Rolnictwa. Uczestniczyłem w 95% jej obrad. To była już znacznie poważniejsza sprawa i udało mi się zrobić dużo ważnych rzeczy. Największym moim dokonaniem było przekazanie weterynarii nadzoru nad pozyskiwaniem mleka od krowy, aż do mleczarni. Do tego czasu było tak, że weterynaria miała tylko nadzór nad oborą i zlewnią mleka. W mleczarni, gdzie się wszystko przetwarza, wglądu nie mieliśmy już my, a sanepid.

Aby to zmienić, napisałem projekt i zwerbowałem ludzi do poparcia, z tego co pamiętam 310 posłów, którzy zatwierdzili mój wniosek. Do dzisiaj, mimo upływu 25 lat sytuacja nie uległa zmianie i weterynaria w dalszym ciągu ma nadzór nad całym procesem, od pozyskania mleka, aż do sklepu. Ta tematyka była mi bardzo bliska, bo w pracy zawodowej lekarza weterynarii zajmowałem się m.in. zwalczaniem schorzeń gruczołu mlekowego u bydła i planowałem nawet napisać na ten temat doktorat, ale moja droga życiowa inaczej się potoczyła. Posłowie mi wierzyli i zaufali, bo wiedzieli, że jestem specjalistą w tym zakresie. Wiedzieli, że to dobre rozwiązanie i dlatego wszystko się udało.

Podobnie było w drugiej kwestii. PGR-y przestały istnieć, ale zostały problemy związane z nimi. Każdy pracownik miał prawo wykupić swoje mieszkanie za 10% ich wartości, a w niektórych przypadkach nawet za 5%. W tym rozporządzeniu pominięto jednak

całą rzeszę ludzi pracujących w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, ale podległych innym resortom, jak służba zdrowia, lekarze weterynarii, nauczyciele i bibliotekarze, którzy poświęcili kawałek życia dla wychowania ludzi ze środowiska wiejskiego. I nagle wszyscy oni dowiedzieli się, że muszą opuścić te domy, albo kupić je za 100% wartości. Nie było to równe traktowanie. Jako że znałem życie wiejskie wiedziałem, że za grosze mieszkania przejmie jakiś „łajdak”, który nie skalał się nigdy pracą, a nauczyciele, czy lekarze odejdą z niczym. Bo skąd wezmą aż tyle pieniędzy? Wtedy zrodziła się u mnie myśl, że trzeba coś z tym zrobić. Przygotowałem projekt ustawy, zrównujących w prawach wszystkich pracowników, bez względu na resor, z którego dostawali nominację. Niektórzy moi koledzy mówili, że gdy ta ustawa przejdzie to mnie wykąpią w szampanie. Sprawa tyczyła się bowiem tysięcy ludzi w Polsce, którzy nie wiedzą do dziś, kto zainicjował i przeprowadził to, że nie stracili dachu nad głową. To moje dwa największe sukcesy w karierze poselskiej. Wiele rzeczy też było planowanych. Wymienię tu ustawę, którą przygotowywałem razem z Jackiem Soską. Dotyczyła tego, co stanie się z pracownikami PGR-u, którzy zostali bez pracy, a Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przejmie cały majątek po gospodarstwach. Mieliśmy wspólnie wytoczyć kierunki rozdysponowywania tych środków. Niestety, po dwóch latach Sejm został rozwiązany, a całe majątki nie zostały rozdysponowane rolnikom, tylko przejęte przez „ludzi interesu”. Miałem na to inne spojrzenie.

 

Woroszczak, a „Noc teczek”

Sejm I kadencji, a więc jak powtórzę, pierwszy wybrany w pełni demokratycznie, został zainaugurowany 12 listopada 1991 roku. Kadencja była bogata w wiele ważnych, z historycznego punktu widzenia wydarzeń. Na Sejm spadł ciężar wszystkiego, co trzeba było uporządkować w kraju.

Zarówno trudnych, jak i prostych rzeczy, jak to czy orzeł w godle ma patrzeć w lewo, czy w prawo, albo czy ma mieć koronę zamkniętą, czy otwartą. Wszystko to trzeba było zawrzeć w ustawach. Żeby miało podstawę prawną, musiało być zgodne z Ustawą Zasadniczą, a konstytucja PRL była przecież niezgodna z narodem. Dlatego ją też trzeba było ją zmienić. Jako że to wymagało czasu, przyjęliśmy  wstępną wersję. Prezydent Wałęsa przedłożył „Projekt Konstytucji”, który został w całości odrzucony. Zostawiliśmy tylko tytuł, a cały dokument stworzyliśmy od nowa.

Po początkowych sukcesach, z czasem zaczęły się zgrzyty, bo pojawili się ludzie, którzy zamiast działać, chcieli rozliczyć wszystkich za przeszłość. Od tego momentu każdy zaczął każdego podejrzewać. Pojawił się „Bolek” i inne pseudonimy, a w efekcie upadł rząd Jana Olszewskiego. Z pomysłem lustracji wystąpił Janusz Korwin Mikke z Unii Polityki Realnej. Z mównicy powiedział, że trzeba prześwietlić każdego i podjąć decyzję kto jest porządny, a kto nie. Mnie wydawało się zawsze, że o tym mogą zadecydować tylko niebiosa, a my jako ludzie musimy opierać się na faktach. Uważałem, że trzeba było zrobić bilans ile zła i ile dobra dokonała osoba, mająca jakąś tam władzę w okresie PRL-u. Nie byłem z kolei zwolennikiem karania wszystkich, jak leci, tylko dlatego, że należeli do partii, bo to nie po katolicku, tym bardziej, że zamierzano kierować się prawem boskim. Poseł Korwin Mikke z kolei chciał rozliczyć wszystkich i wkrótce dołączył do niego pan Antonii Macierewicz, wówczas Minister Spraw Wewnętrznych.

Wreszcie nadszedł ten dzień, że posłowie mieli odebrać kopertę, w której znajdowały się informacje na temat przeszłości. Prezydent Lech Wałęsa wracał właśnie z zagranicznej wizyty i z lotniska odebrał go pan Macierewicz. No i prezydent, po wyjściu z samolotu spytał jak to z nim jest, co znajduje się w jego kopercie. „Wychodzi, że pan to właściwie „Bolek”, bo coś znaleźli w aktach” – usłyszał w odpowiedzi i trochę się oburzył.

W moim mniemaniu powinno się rozliczyć go szczegółowo, tzn. czy skrzywdził kogoś  i czy bilans zysków przekracza bilans „strat”. Jeżeli nawet SB-ecja go ściągnęła, to zobaczmy co zrobił złego i jeśli jest tego dużo, to dopiero wtedy go rozliczmy. Trzeba pamiętać, że Wałęsa był wtedy symbolem. Tak szybkie działanie nasuwało na myśl, że „Noc teczek”, pod której nazwą wydarzenie to przeszło do historii, było celowym działaniem, mającym zdyskredytować Wałęsę.

Kopertę do wglądu otrzymał nie tylko prezydent, ale każdy poseł.

Wszyscy czekali i analizowali swoje sumienie. Było nerwowo, bo niektórzy wychodzili z szarą kopertą, a inni mieli też dodatek w postaci białej. Rozeszło się, że ci, którzy mają dwie, nie są czyści. Na podstawie tego tworzyły się różne listy oraz zestawienia. Było 61 nazwisk, które znalazły się na tzw. „liście Macierewicza”. Gdzieś ją zresztą mam w swoich zbiorach, bo zostawiłem na pamiątkę wszystkie rzeczy z mojej kariery poselskiej. Mnie na tej liście nie było, dostałem zresztą tylko szarą kopertę, więc nie miałem potem żadnych problemów. Wielu moich kolegów przeżywało jednak katusze. Analizując całą sytuację i „Noc teczek” sądzę, że było to bardzo złe posunięcie. Wyglądało na szukanie haków. Było bardzo przykre i do dziś nie zostało do końca wyjaśnione. Czy warto było zniszczyć np. profesora Miodka, a potem go przepraszać? Nie lepiej było to załatwić na spokojnie? A w efekcie to rozliczenie nie zostało do dzisiaj załatwione.

 

Odprawiony Tusk i przyjaźń z młodym premierem

Siedziałem razem w sejmowych ławach z wieloma znanymi politykami. Posłami Sejmu I kadencji byli m.in. wspomniani Korwin Mikke i Macierewicz, ale też bracia Kaczyńscy, Donald Tusk, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Geremek, Jan Maria Rokita, Bronisław Komorowski, Józef Oleksy, Marek Borowski, Leszek Miller, Andrzej Kern, Włodzimierz Cimoszewicz, Jacek Kuroń, Janusz Piechociński, Waldemar Pawlak i wielu innych. Załatwiało się dużo spraw, więc w większym lub mniejszym stopniu rozmawiałem z każdym z nich. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z panem Tuskiem. Przyjechałem z Gryfina do Warszawy i pierwszego dnia trzeba było zrobić sobie zdjęcie do legitymacji. Wszystko było gotowe i fotografowie czekali w gmachu sejmowym. Ustawiłem się w kolejce, która była bardzo długa. Gdy już miała być moja kolej, wszedł Donald Tusk. Był młodym, ale znanym politykiem, bo szefem Kongresu Liberalno-Demokratycznego, z takim blond loczkiem na głowie. Zobaczył kolejkę i powiedział: „Może koledzy mnie przepuszczą? Bo ja się bardzo spieszę”. „Kolego pośle, wszyscy się śpieszymy i stoimy tu już dłuższy czas. Tam jest koniec kolejki” – usłyszał pan Tusk i grzecznie stanął w samym ogonku. Potem dał się jednak poznać jako człowiek bardzo miły i sympatyczny, bo taki jest w rzeczywistości. Z kolei bracia Kaczyńscy byli bardziej skryci. Wydawali mi się, szczególnie Jarosław, cały czas tajemniczy. Trudno było z nimi nawiązać kontakt. Te ograniczały się do gestów, powitania i pożegnania na stołówce. No, ale to tylko moje wrażenie, może inni mają inne. Najbliżej byłem z Waldkiem Pawlakiem, który bardzo szybko został Prezesem Rady Ministrów, mając zaledwie trzydzieści trzy lata. Byliśmy w jednej partii, działaliśmy często razem. Był wtedy bardzo popularną osobą, jedną z najpopularniejszych w kraju. Pamiętam, że pojechaliśmy razem na spotkanie z wyborcami do Łobza. Zainteresowanie było tak duże, że drzwi wejściowe, ze szkła, zostały wybite. Waldek był bożyszczem. Teraz się wszystko zmienia, w 2014 roku nie został nawet wybrany do Sejmu, ale dwadzieścia pięć lat temu był na ustach w całej Polsce. Dwukrotnie pełnił przecież urząd Premiera, za pierwszym razem krótko, bo od 5 czerwca do 10 lipca 1992 roku, gdy nie udało mu się sformułować rządu. Stanowisko objęła po nim Hanna Suchocka, która w tym czasie najbardziej nadawała się do tego, by podpisać konkordat z Watykanem, gdzie później, przez wiele lat pełniła zresztą funkcję Ambasadora. W październiku 1993 roku jej rząd otrzymał votum nieufności. Aby go odwołać, potrzebna była bezwzględna większość w postaci 223 posłów i tylu dokładnie było „za” dymisją gabinetu. Do jego utrzymania zabrakło jednego głosu. Pamiętam, że w momencie ukazania się wyników, przez drzwi na salę wszedł minister rządu, Zbigniew Dyka, którego głos uratowałby gabinet Suchockiej! To takie pobocze historii, ale istnieje taka opowiastka, że przed losowaniem był w toalecie i ktoś specjalnie miał go w niej zamknąć, żeby nie oddał głosu. Przez to, że upadł rząd, rozwiązany został cały Sejm, a moja kadencja dobiegła końca. Sam zagłosowałem zresztą za votum nieufności, bo taką decyzję podjęliśmy razem w klubie PSL.

 

Nieudany start w 1993 roku

Po rozwiązaniu Sejmu I kadencji, zdecydowałem się na ponowne kandydowanie. Było to naturalne, bo miałem swoje osiągnięcia, byłem prezesem w województwie. Wytypowaliśmy ludzi na listę, na której ujęto mnie na pierwszym miejscu, po czym zaczęliśmy kampanię i spotkania z ludźmi. Pamiętam sondy „Głosu” i „Kuriera Szczecińskiego” oraz „Gazety Wyborczej”. W ostatniej, tuż przed ciszą nocną znalazłem się na trzecim miejscu w całym województwie. Byłem traktowany więc niemal jako pewniak, bo z okręgu szczecińskiego można było wywalczyć dziesięć mandatów. Co prawda zdobyłem więcej głosów, niż poprzednio, bo ponad cztery tysiące, ale tym razem nie wystarczyło to, by dostać się do Sejmu. Mandat uzyskał mój kolega Jan Wołek, który co ciekawe, nie był wtedy jeszcze członkiem PSL, ale zależało mi na tym, by mieć go na liście wyborczej. Był bowiem znany w środowisku wiejskim, bo pełnił funkcje przewodniczącego licznych organizacji rolniczych, uczestniczył też w obradach „Okrągłego Stołu”. Można rzec, że zabrał mi miejsce, ale nigdy tak na to nie patrzyłem. Startowałem też do Sejmu w 1997 roku, ale były to inne czasy. Nie byłem prezesem Wojewódzkiego Zarządu PSL, bo zastąpił mnie Andrzej Durka. Poza tym w kampanii decydowały już pieniądze, a ja tych nie miałem. W maju 1993 roku, wróciłem do pracy w zawodzie, kontynuując ją w Inspekcji Weterynaryjnej.

 

Utajnił obrady sejmu

Moja poselska kadencja była więc krótka, ale zapamiętałem ją bardzo dobrze. Poza rzeczami, o których mówiłem, warto wspomnieć też, że jako poseł, w 1992 roku udałem się do Sztokholmu na 88th Inter Parlamentary Conference. Miałem wystąpienie i powiedziałem, że my, parlamentarzyści z całego świata, musimy zwracać uwagę na rządy, bo nie zawsze ich działania są zgodne z potrzebami narodu. To zdanie zostało przyjęte brawami i gdy szliśmy na kolację, marszałek parlamentu szwedzkiego bardzo gratulowała mi powiedzenia czegoś takiego. Dla mnie było to naturalne, by dbać o naród i ludzi. Przez całe życie uważałem siebie za lekarza i społecznika. Dla mnie najważniejsza jest działalność społeczna i gospodarcza, a Sejm ma obowiązek stworzyć ludziom warunki, by żyło się im lepiej.

Uważam, że wiele osób doceniło te starania i to jest najważniejsze.

Warto również zaznaczyć, że jako jedyna osoba w historii, utajniłem obrady Sejmu. To był 1992 rok i sensacja, ujęta zresztą w annałach historycznych. Nie mogę zdradzić szczegółów, bo sprawa jest tajna, ale opowiem o jej kulisach. Do dziś Weterynaria odpowiada za bezpieczeństwo zdrowotne narodu. Chciałem przekazać znane mi  informacje. Moja wiedza nie mogła być powiedziana publicznie, a jedynie wygłoszona przy sali zamkniętej. Procedura wymaga, by wszystko zostało wyłączone, a dziennikarze wyproszeni z sali obrad. W 1992 roku miało to miejsce wieczorem, bo czasem obradowaliśmy nawet do trzeciej nad ranem. Wobec tego część posłów była już w pokojach, gdzie śledziła obrady, bo każdy z nas miał podgląd na salę obrad. Potem jeden kolega mówił mi, że gdy Marszałek, po wysłuchaniu moich wstępnych wyjaśnień, zgodził się na utajnienie Sejmu, szybko przebierał się z pidżamy i przybiegł. Było to historyczne wydarzenie, bo mimo upływu lat i licznych prób utajnienia obrad, nigdy więcej nie doszło do takiej sytuacji. Dlaczego opowiedziałem o tym wszystkim? Chciałem w ten sposób zachęcić młodych ludzi, do uczestniczenia w życiu publicznym. Zawsze będą sprawy, które wymagają uczciwego załatwienia, do których czasem trzeba zostać posłem, bo nie da się rady zrobić wszystkiego na gruncie lokalnym. Aby tak się stało, trzeba z kolei przez wiele lat służyć swojemu społeczeństwu, swojej małej ojczyźnie, w której się żyje.

 

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie