Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego

Tak wyglądały Banie w pierwszych tygodniach po zakończeniu wojny

- Zaledwie kilka dni po przejściu frontu byłem w Baniach i na terenie powiatu Gryfino. Okres ten, a zwłaszcza pobyt w Baniach, w miarę możliwości opiszę z pamięci i skromnych notatek sporządzonych w tym okresie – napisał Zenon Wilczek, jeden z pierwszych wójtów gminy Banie. Prezentujemy pierwszą część jego wspomnień

Reklama

W maju 1945 r. razem z moją żoną Barbarą i kilkoma znajomymi, cywilami, znaleźliśmy się w Baniach. Dowództwo kompanii, z grupą dwudziestu żołnierzy, zakwaterowano w Baniach. Reszta żołnierzy zajęła okoliczne majątki – Lubanowo i Babinek. W tym czasie nazywały się odpowiednio Miłosna i Henryków. Były to nazwy nadane przez zasiedleńców (ludność polską). Sporo majątków zajmowali „czerwonoarmiści”. Oni posiadali wiele koni i trochę ciągników – nasi żołnierze mieli tylko ręce i nieco szpadli.

Robili, co mogli – sadzenie ziemniaków zorganizowali już na początku czerwca 1945 r. Sadzono w bardzo prymitywny sposób: siłę pociągową pełnili żołnierze. Czterech ciągnęło znaczniki, aby rzędy były proste. Reszta sadziła pod tzw. szpadel. Sadzili Polacy i Niemcy – ot tak na ostrą skibę. Na zaoranych przez Niemców, jesienią 1944 r. polach. Sadzeniaków było bardzo dużo. W ten sposób w majątkach Lubanowo i Babinek posadzono około 50 ha.

Był to wspaniały czyn. Jesienią pole z ziemniakami rozdzielono nowoprzybyłym osadnikom i nielicznym rodzinom niemieckim. Otrzymujący cieszyli się bardzo, już mieli co w garnek włożyć i mieli sadzeniaki na dalsze gospodarowanie. Czyn ten chwalił bardzo płk. Pugaczewski. Ruskie próbowali podkradać młode ziemniaki, ale nasi żołnierze z Wojska Polskiego dzielnie pilnowali. Mieli bardzo skąpe przydziały żywnościowe: trochę kaszy, soli i nieco angielskich śledzi.

Mięsa było dość – a z jednego powodu: zorganizowano grupę pięciu żołnierzy: trzech wierzchem konno, dwóch z furmanką. Jeździli po okolicy i polowali, na sarny, jelenie i dziki. Dzikiego zwierza było dużo i tak uzupełniano zapasy kuchni mięsem z dziczyzny. Można by to nazwać kłusownictwem, ale jakie było inne wyjście? „Polak jest zaradny, czort Polak to chytry i szczwany – nasi tacy nie są”.

 

-------------------------

Muszę zaznaczyć, że w tym okresie roku 1945 prawie nie było w obiegu polskich pieniędzy. Odbywał się handel wymienny. I o dziwo nie zdarzały się w tym czasie kradzieże. W miasteczku stacjonował też oddział radziecki, który też zajmował się sprawami gospodarczymi. Ściślejszych kontaktów pomiędzy naszymi a „czerwonoarmistami” nie było. Czasem tylko ich dowódca w randze kapitana przychodził do naszego kapitana. Płk. Pugaczewski, przy każdym pobycie w Baniach zachodził do jednostki radzieckiej.

W Babinku uruchomiono pług parowy – orka już szła. Uruchomiono gorzelnie – był „spiryt”, za który kupiono od ruskich konie i krowy, których pędzono zza Odry bardzo dużo. I tak niemal z niczego „nasi wojacy” rozpoczęli gospodarkę rolną. Gdy skompletowali zespół omłotowy, zaczęły się omłoty zbóż ze stert i stodół, a było tego sporo. Po kilku dniach młóckę zaczęli Rosjanie. Rozpoczął się wyścig: kto więcej omłóci. Agregatów omłotkowych nie było, ale czego Polak nie wymyśli! Nasi zorganizowali dodatkowo omłoty nocne, ale światła nie było, wic młócono przy świetle spalanej słomy. Zwracano uwagę na odległość i kierunek wiatru, aby nie zagrozić młócącym. Za kilka dni Rosjanie postąpili tak samo, lecz przez nieuwagę spalili zboże i młockarnie. Zaczęły się podchody, ale naszym zabrać młockarnie, ale nasi byli czujni.

O tym, że Rosjanie chcą nam zabrać młockarnie, ja i mój współtowarzysz agronom Kajzer, zgłosiliśmy kpt. Pugaczewskiemu. Po jego rozmowie z rosyjskim majorem już zabranie młockarni nam nie groziło. Potem były żniwa – nasi kosili, czym się dało: kosami, żniwiarkami. Nie próżnowali nowi osadnicy, w miarę możliwości przygotowywano glebę pod jesienne siewy.

 

Cały tekst znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie