Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama
Reklama

Samarytanin z PKP

Pani Krysia opowieścią o swojej przygodzie chce wyrazić ogromną wdzięczność za doznaną pomoc
Pani Krysia opowieścią o swojej przygodzie chce wyrazić ogromną wdzięczność za doznaną pomoc

Dobrych wieści nigdy za wiele. Tych złych lub rodzących niepokój mamy ostatnio aż nadto. Pani Krysia, emerytowana gryfinianka, w ubiegłym tygodniu przypadkiem znalazła się w niezłych tarapatach. Bezinteresownej pomocy udzielił jej ktoś kompletnie obcy. Jej niecodzienna przygoda przywraca wiarę w drugiego człowieka. Ten materiał jest również wyrazem wdzięczności dla tajemniczego nieznajomego

Reklama

Narratorka tej historii pojawiła się w naszej redakcji w piątek 21 października. Dzień wcześniej wracała pociągiem do domu z Katowic. Odjazd miał miejsce planowo o 14.45. Nowoczesny skład Intercity relacji Przemyśl – Szczecin pewnie zmierzał do celu.

- Nie można narzekać. Jedyną wadą jest to, że nazwy miejscowości, które mijamy po drodze, są odczytywane bardzo cicho i bardzo niewyraźnie – mimo tego, ulokowana w przedziale pierwszej klasy gryfinianka była zadowolona z komfortu podróży.

Wspomniany przez panią Krysię drobny, zdawać by się mogło, niuans miał zaważyć na opisywanej historii. Dla nieobytych, „niedzielnych” pasażerów stacje mogą zdawać się podobne do siebie. W końcu peron zawsze wygląda jak peron. Zwłaszcza o tej porze roku, gdy szybko robi się ciemno, w świetle latarni. Gdy nie widać tablicy z nazwą miejscowości lub charakterystycznej bryły danego dworca, ciężko na pierwszy rzut oka powiedzieć, gdzie konkretnie zatrzymał się pociąg. Dlatego w wagonach bezprzedziałowych 2-klasy zamontowane są ekrany, na których dodatkowo wyświetla się te informacje. W przedziałach 1 klasy również. Akurat w tym, w którym podróżowała nasza pasażerka, z jakich przyczyn wyświetlacz nie działał.

Pociąg planowo miał zatrzymać się na naszym dworcu tuż przed godziną dwudziestą drugą. Pani Krysia była już zmęczona. Godziny miarowego „ta dam, ta dam” zrobiły swoje. Wyczulona wcześniejszymi niewyraźnymi komunikatami z uwagą wsłuchiwała się, aż padnie upragniona komenda: „Szanowni państwo, zbliżamy się do stacji…”.

- W końcu zapowiedziano, że dojeżdżamy do Gryfina. Podróżujący ze mną w przedziale młody mężczyzna jechał do Szczecina, ale zaproponował, że pomoże mi z bagażem. Miałam dosyć ciężką walizkę – tłumaczyła nam gryfinianka.

Przezornie wyszli wcześniej na korytarz. Wagon 1 klasy znajdował się na końcu składu. Zajmowany przez nich przedział był ostatnim w wagonie, droga do wyjścia nie była więc daleka. Z innych przedziałów również dobiegały odgłosy ściąganych z półek bagaży i otwieranych drzwi. Pociąg z dużą prędkością mijał pomniejsze stacje i miejscowości. W końcu stanął. 

- Nacisnęłam guzik i drzwi otworzyły się. Byłam w szoku, bo torów przed sobą widziałam wiele, jak przy dojeździe do dworca, ale nie było peronu – zdezorientowana kobieta uznała, że widocznie ostatni wagon zatrzymał się poza granicą peronu.

Podobne wrażenie odniósł pomocny mężczyzna. On również zdumiał się, że zamiast platformy dla pasażerów pod nogami osoby, której miał podać walizkę, zachrobotał tłuczeń podkładów kolejowych.

- Po tylu godzinach podróży, po ciemku nie zastanawiałam się nawet, czy po drodze minęliśmy wcześniej charakterystyczne punkty jak choćby elektrownię. Z drugiej strony zasugerowałam się też tym, że przecież gdyby pociąg nie dojechał na miejsce, to nie powinny były otworzyć się drzwi - pani Krysia nawiązała przy okazji do faktu, że na dworcach strasznie pogania się teraz ludzi, dlatego nie oglądając się na nic po prostu wysiadła.

Jeszcze większym szokiem było dla niej, że niemal natychmiast jak stanęła na ziemi pociąg ruszył. Młody mężczyzna zdążył jedynie rzucić jej walizkę na tory. Wszystko trwało krótką chwilę. Pociąg odjechał.

- Całe szczęście, że z wrażenia znieruchomiałam. Gdybym próbowała wracać do wagonu, który już ruszył, jeszcze bym sobie jakąś krzywdę zrobiła. No więc stałam tak jak wryta. Nie wiedziałam kompletnie o co chodzi. Wokół było tyle torów i ja biedna z tą torbą. No horror! – na wspomnienie tamtego momentu oczy naszej rozmówczyni zrobiły się duże.

Było przeraźliwie ciemno. Na horyzoncie żadnych zabudowań, nie wspominając o czymś, co przypominałoby dworzec. Kobieta obawiała się, czy aby zaraz nie przejedzie po niej kolejny pociąg. W końcu postanowiła iść naprzód w kierunku, w którym do niedawna jechała w wygodnym przedziale. Była tak zestresowana tym, co ją spotkało, że kompletnie straciła rachubę czasu. Nie miała też głowy do takich spraw, jak skorzystanie z latarki w telefonie. Po prostu szła.

Jak długo? Nie pamięta, poza tym, że „szło się szybko”, jak to ujęła. Dopiero na drugi dzień zaczęła odczuwać, będący pamiątką po niespodziewanej eskapadzie, ból w kostce.

- Wiedziałam tylko tyle, że muszę dojść do jakichś zabudowań. Wtedy ktoś mi pomoże. Szłam więc tak z tą walizką wzdłuż nasypu kolejowego, aż dostrzegłam na horyzoncie światła – pani Krysia odetchnęła, po kolejnych kilkudziesięciu metrach rozpoznając przy okazji znajomy budynek.

Była na przejeździe kolejowym w Pniewie. Tory przecina w tym miejscu ul. Gryfińska, łącząca drogę krajową nr 31 z ul. Przemysłową na trasie elektrownia-Gryfino. Kamień spadł jej z serca. Znała okolicę. Zanim przeprowadziła się do Gryfina, mieszkała w Pniewie czterdzieści lat.

Gdy razem z panią Krysią analizowaliśmy w redakcji mapę naszej okolicy, doszliśmy do wniosku, że pociąg musiał zrobić jakieś nieplanowane zatrzymanie na wysokości Dolnej Odry. Przemawia za tym liczba torów w tym miejscu oraz to, że naszej rozmówczyni udało się jednak po ciemku dojść o własnych siłach do wspominanego przejazdu. Stamtąd udała się na przystanek „jedynki”. Drogę już znała. Było już po godzinie 22.00.

Kiedy tak stała, niedowierzając swojej przygodzie, przystanek od strony elektrowni mijały kolejne auta.

/ Jak zakończyła się podróż pani Krystyny? Cały artykuł przeczytacie w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie