Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama

Rok temu zmarła Alina Polak

„W pewnym momencie Ala miała już świadomość tego, jak zakończy się jej historia. Marcin wierzył jednak do samego końca. Teraz wciąż nie dociera do niego to, co się wydarzyło”. Przypominamy artykuł, który ukazał się na łamach Gazety Gryfińskiej

Reklama

Marzyła, by zostać jego żoną, a Marcin postanowił spełnić to marzenie. Poznali się 22 listopada 2014 r., o czym wiemy z pełnym przekonaniem dzięki Ali, która odnotowała ten fakt w stopce na Facebooku obok pozostałych, najważniejszych dat w jej życiu.

Była wówczas uczennicą w gryfińskim liceum. Dojazdy z Wysokiej Gryfińskiej zabierały jej zbyt wiele czasu. Zamieszkała w

internacie, do którego Marcin odwiózł tego dnia ich wspólną koleżankę. Zaiskrzyło od pierwszego spotkania, a wkrótce nie widzieli świata poza sobą. W maju 2015 r., miesiąc po tym jak skończyła naukę w szkole średniej, postanowili wynająć wspólne mieszkanie. Byli nierozłączni. Szybkie zaręczyny nie stanowiły  zaskoczenia dla nikogo z ich najbliższego otoczenia. Znali się krótko, lecz wiedzieli, że chcą spędzić razem całe życie. Nie spieszyli się jednak ze ślubem, tak jak wielu rówieśników, czekając na odpowiedni moment. O tym, że nastąpił, uznali w listopadzie 2020 r.  

Obrączki wybrał Marcin. Był zestresowany, więc do sklepu udał się z przyjaciółką rodziny, która następnego dnia miała być świadkiem na skromnym ślubie. Zaproponowała złote, na co przyszły pan młody przystał bez większych zastrzeżeń. Przed wyjściem od jubilera włożył pudełko do kieszeni, upewniając się, że nie wypadnie, gdy będzie wsiadał do samochodu. Kilka dni wcześniej sądził, że limit nieszczęść w jego życiu został już wyczerpany, po czym pojawiły się kolejne problemy i troski. Zgubienie obrączek ślubnych znalazłoby się wprawdzie na szarym końcu przedłużającej się listy zmartwień, lecz nie chciał, by jego ukochana przeżyła jeszcze jedno rozczarowanie. Podziwiał ją za siłę, z jaką znosi swój los. Gdy dotarł do domu, odetchnął z ulgą. Przynajmniej w tym względzie obyło się bez komplikacji. Następnego dnia wsunął obrączkę na zgrabny palec Ali, obiecując to, co obiecują sobie pary na ślubnym kobiercu. Ceremonia miała kameralny charakter. Oprócz młodych i małego Olka, stawili się świadkowie oraz urzędniczka stanu cywilnego. Nie spotkali się w magistracie, lecz w domu. Marcin i Alina zyskali na to zezwolenie ze względu na wyjątkowe okoliczności. Czas nie był ich sprzymierzeńcem, o czym ona jeszcze nie wiedziała, a on dopiero się domyślał. O szczegóły woleli nie pytać, tak jakby milczenie stanowiło element kuracji. 23 października miał być zresztą dniem radości i rzeczywiście nim był. Co prawda obustronne wyznanie miłości nie odbyło się przed tłumem gości,

na co zresztą nie pozwoliłyby obostrzenia, ani nie poskutkowało tańcami do bladego świtu, lecz dla Ali nie stanowiło to problemu.

Nie miałaby sił na prowadzenie pełnych zapału rozmów, a co dopiero, by wywijać na parkiecie. Dopiero co wyszła ze szpitala. Ważyła niecałe 42 kilogramy i całe dni spędzała w łóżku. Miała problem nawet z przygotowaniami do uroczystości. Pomogła w tym lokalna społeczność. Makijaż i fryzurę wykonała Kamila Sztachera-Szpyt, tort weselny podarował Paweł Jóźwin, a wiązankę ślubną, także nieodpłatnie, dostarczyła Ilona Kąkolewska. O ostatnie szlify zadbała świadek, ubierając młodą w sukienkę.

Po wypowiedzeniu „tak” i krótkim poczęstunku, Ala położyła się, by nieco odpocząć. Zamykając oczy pomyślała, że po raz pierwszy idzie spać jako żona. Zasypiała z tą świadomością jeszcze przez osiemdziesiąt dwie noce.

 

Chłopiec z połową serca

Nawet przed pojawieniem się Olka życie Ali nie było wolne od trosk. Jej siostra i brat od urodzenia zmagają się z niepełnosprawnością. Drugi z braci zmarł natomiast nieoczekiwanie w wieku 35 lat. W lutym 2017 r. Tomek wracał z imprezy. Szedł na skróty i przewrócił się, rozbijając  taflę jeziora.  Lód pękł, a pomoc przyjechała zbyt późno. Alina długo nie była w stanie pogodzić się z tą tragedią. Ukojenie dawała obecność narzeczonego. Bardzo szybko przekonała się o tym, że jest jedyną osobą, na którą zawsze i bezgranicznie może liczyć.

- Moja choroba bardzo scementowała związek z Marcinem. Wszyscy staliśmy się twardsi, silniejsi, a mąż okazał się najwspanialszy na świecie. Przez cierpienie często jestem dla niego wredna i uparta, ale on jest wytrwały i twardy, jest cudowny – mówiła kilka lat później, w grudniu 2020 roku, gdy ich związek został wystawiony na najcięższą z możliwych prób.

Marcin rozumiał ją, bo sam nie miał lekkiego życia. Jak opowiadał w materiale TVP Szczecin, w wieku siedmiu lat stracił mamę. Chociaż nie wychował się w sprzyjającym środowisku, wyrósł na porządnego człowieka, który ciężko pracował, by zapewnić swoim bliskim lepszą przyszłość.

Gdy dowiedzieli się, że zostaną rodzicami, wyobrażali sobie jak będzie wyglądać ich życie we trójkę. Jednocześnie martwili się jakimi rodzicami będą. Czuli niepokój, lecz był to pozytywny stan wyczekiwania na nadejście czegoś niezwykłego, na co nie do końca jesteśmy gotowi. Optymizm szybko zgasł. Podczas badania prenatalnego dowiedzieli się, że płód nie rozwija się prawidłowo.

- Dziecko urodzi się bez jednej komory serca – zakomunikował lekarz, obserwując, jak uśmiech znika z twarzy przyszłych rodziców. Alina słuchała, a raczej rejestrowała dźwięki, które wypełniały gabinet. Była  wyjątkowo ciepła końcówka marca, a 25-latka czuła, że powoli traci grunt pod nogami.

- Byliśmy bardzo załamani, ale jak oswoiliśmy się z myślą o wrodzonej wadzie dziecka, to wiedzieliśmy, że będzie dobrze – przyznawała, zaznaczając, że ani przez chwilę nie myślała o aborcji. Od początku traktowała „ziarenko w brzuchu” jako swojego Olka.

- Urodzi się z połową serca, więc razem z Marcinem będziemy musieli oddać mu po kawałku swojego – uznawała, zarażając przyszłego męża optymizmem.

Zaakceptowali swoje położenie, lecz nie mogli mieć pewności, że Olek przeżyje poród. Lekarze dawali mu 75 procent szans. Dużo, lecz zostawało 25 procent niepewności. Chłopiec urodził się w terminie. Pierwszy okrzyk, którym przywitał się ze światem wydał 23 września 2019 r. Kolejne dni były dla młodych rodziców czasem wyczekiwania. Olek przeszedł operację, a niedługo po tym drugą. Gdy chirurdzy zakomunikowali, że rokowania są dobre, Marcin i Alina przeżyli najszczęśliwszy dzień swojego wspólnego życia. „W końcu pozytywne wiadomości, teraz wszystko będzie już układać się dobrze”, pomyśleli, starannie przygotowując mieszkanie przed wizytą nowego domownika.

- Myśleliśmy wtedy, że będziemy żyć w naszym domu szczęśliwi – opowiadali rok później, gdy radość znów opuściła ich rodzinne mury.

 

Chora mama chorego syna

Nie utyskiwali na swój los. O sytuacji, którą przeżyli nie wiedziało zbyt wiele osób. Ich problemów nie znali najbliżsi sąsiedzi, ani nawet pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Chociaż Alinie i Marcinowi, ze względu na niepełnosprawność synka, przysługiwała zapomoga, nie starali się o pomoc finansową. Nie potrzebowali jej, radząc sobie doskonale we własnym zakresie. Marcin pracował w sektorze budowlanym, najpierw w niemieckiej firmie, a później na własny rachunek. W tym czasie Ala opiekowała się domem i dzieckiem. Lekarze informowali wprawdzie, że czeka go jeszcze jedna operacja, ale dopiero przed ukończeniem trzeciego roku życia. Budujące dla rodziców było to, że Olek dorastał i stopniowo nabierał sił. Obserwując jego rozwój, Alina zauważyła, że coś niepokojącego dzieje się z nią samą. Najpierw pojawiły się bóle brzucha, a później wymioty. Dostrzegła też spory spadek wagi. Sądziła, że jest  to powodowane stresem, lecz z czasem objawy znacząco się nasiliły. Miało to miejsce we wrześniu, krótko przed pierwszymi urodzinami Olka. Wizyta u lekarza poskutkowała skierowaniem Ali na badania, które wykazały obecność wody w brzuchu i guza na jajniku o wymiarach 6x8 centymetrów. Chociaż szybko został usunięty, okazało się, że to nie on stanowił źródło problemów. Podczas operacji lekarze wykryli, że był jedynie przerzutem z żołądka Ali, gdzie od wielu tygodni rozwijał się złośliwy nowotwór. Młodzi narzeczeni wiedzieli co to znaczy. Matka Marcina zmarła właśnie na raka. Walkę z tą chorobą stoczyła również mama Aliny. 25-latkę optymizmem napawał fakt, że była to wygrana batalia. Myślała o tym, gdy nastawiała się na własny pojedynek o zdrowie. Nie spodziewała się jednak, że będzie aż tak ciężki.

Z każdym dniem Alina czuła się coraz gorzej. Nawet najprostsze czynności, jak zrobienie śniadania, ubranie się i kąpiel, sprawiały jej problem. Ciężar opieki nad najbliższymi spadł na Marcina. 27-latek został sam, i to z podwójnym problemem. Musząc opiekować się narzeczoną i synkiem, w październiku zrezygnował z pracy, zawieszając własną działalność gospodarczą. Starał się być twardy, lecz z trudem ukrywał rozpacz, która rozrywała go od środka.

- W pierwszy dzień strasznie płakałem, gdy musiałem ją wykąpać. Przestraszyłem się tego jak bardzo jest chuda. Sama skóra i kości – przyznał łamanym głosem w połowie października.

 

Nie zostali sami

Najtrudniejsze miało jednak dopiero nadejść. Posiadali oszczędności, lecz wiedzieli, że wobec podwójnego nieszczęścia, pieniądze prędzej czy później znikną. Dodatkowo nad ich głowami wisiał topór w postaci kredytu w wysokości 150 tys. zł. Czując, że to ponad ich siły oraz możliwości, poprosili o pomoc, po raz pierwszy opowiadając o swojej sytuacji zupełnie obcym ludziom. Banie są małą społecznością. Marcin szybko przekonał się, że nie musi zostać z problemami sam. W tym czasie poznał Annę Siwek. Przewodnicząca Rady Gminy w Baniach usłyszała o „chorej matce chorego dziecka” od szwagierki Marcina. Karolina Dobkowska, nie szczędząc bolesnych szczegółów, opowiedziała historię życia młodych małżonków. Miejscowa radna nie kryła zaskoczenia. Chociaż od lat włącza się w akcje charytatywne, nie wiedziała o kim opowiada jej koleżanka.

- To dlatego, że Marcin i Ala żyli w swoim małym świecie. Spokojni, zakochani, nie robiący nikomu krzywdy, ani nie sprawiający kłopotów. Sąsiedzi znali ich tylko z widzenia, co jest wymowne, bo przeprowadzili się do Bań w marcu 2016 roku – opowiada Siwek, która pod koniec września odwiedziła Marcina i Alę w ich mieszkaniu. Od tamtego momentu była u nich codziennie.

Dziś nie mówi o Alinie inaczej niż „nasza kochana Alusia”.  W bardzo krótkim czasie stała się najbliższą przyjaciółką rodziny, powierniczką i osobą, do której zwracali się w nawet najbardziej intymnych sprawach. To ona zainicjowała akcję charytatywną, „reklamując” ją w całym regionie. Wieść o potrzebujących szybko wyszła poza granice powiatu. Do inicjatywy włączyły się nie tylko władze Bań, tamtejszy Dom Kultury i miejscowi przedsiębiorcy, ale również sportowcy z pierwszych stron gazety, którzy przekazali gadżety na licytację. Były to m.in. koszulki z autografami Roberta Lewandowskiego i Kamila Grosickiego, piłki z podpisami Zbigniewa Bońka i Marcina Gortata oraz zegarek zawodnika KSW, Marcina Różalskiego.

Przedmioty miały zostać wylicytowane podczas festynu charytatywnego, który, na pięć dni przed startem został odwołany.

- Przegraliśmy z Covidem-19 – mówili nam organizatorzy, nawiązując do wprowadzenia drugiego lockdownu. Ubolewali, gdyż zainteresowani festynem przerosło najśmielsze oczekiwania. Przedsiębiorcy prześmigiwali się w wystawianiu na aukcję swoich usług, a osoby, które nie prowadziły biznesu, oferowały własne ręce.  Piekli ciasta, gotowali potrawy, tworzyli rękodzieła, bądź najmowali się do pracy w roli wolontariuszy.

- Były też przykłady zupełnie nienagłośnionej pomocy, jak wtedy gdy skontaktowała się z nami jedna z emerytowanych lekarek. Stwierdziła, że po przeczytaniu historii Ali, nie mogła zasnąć i chce przekazać jej, anonimowo pieniądze. Kilka dni później otrzymaliśmy przelew w wysokości kilku tysięcy złotych – opowiada Anna Siwek, mówiąc o tych chwilach, jako o czasie wyjątkowej mobilizacji, gdy wszyscy żyli nadzieją.

 

Pamiętnik walki z chorobą

Osób, które historia Aliny i Olka

chwyciła za serca było znacznie więcej. Bardzo szybko udało się zebrać 180 tysięcy złotych, za co Ala dziękowała na każdym kroku. Była wdzięczna również za inne okazy wsparcia, które otrzymywała nie tylko od bliskich, ale też zupełnie obcych osób. Swoimi troskami dzieliła się z nimi za pomocą Facebooka. Strona „Pomoc dla Aliny” stała się pamiętnikiem walki z chorobą.

 

16.10.2020

Kochani! Pytacie co u mnie? Nastawienie się nie zmieniło mimo, że doszły kolejne powody do smutku.. Zostały potwierdzone dwa kolejne nowotwory: piersi i węzłów chłonnych. Od dzisiaj już mi podano chemioterapię. Są plusy tego że wszystko jest przerzutem z żołądka, gdyby to był inny kolega mógłby być problem.. Ale przeszkody są po to by je przeskakiwać. Dostaje od środy morfinę więc w większości czasu śpię więc kochani nie jestem w stanie Wam odpisywać na wiadomości. Dziękujemy za wszystko, co dla nas robicie!

 

26.10.2020

Dziś mija tydzień odkąd jestem w domu i tydzień od podania pierwszej chemii. Dużo osób pyta co u mnie, dziś jestem w stanie napisać jak wyglądał mój stan zdrowia przez ostatni tydzień.

Pierwsze kilka dni były wycięte z życia, nie mogłam wstać z łóżka a jak już wstałam, to nawet nie mogłam utrzymać się na nogach. Nie sądziłam, że będę czuć się aż tak słabo. Nie mogłam utrzymać talerza w ręku, czy też kubka.

Po kilku dniach zaczęłam już więcej jeść i tak do dnia dzisiejszego. Miejmy nadzieję że nic się nie zmieni. Na tę chwilę dalej jestem obolała, dalej potrzebuje pomocy drugiej osoby. Wciąż jestem na silnych lekach przeciwbólowych. Za tydzień jadę znowu na chemię, będę miała podawana 3x na 2 tygodnie. Jeśli mój organizm będzie już wykończony, to będę jeździć na 3 dni do szpitala ale co 3 tygodnie.

Trzymajcie kciuki, żeby mój organizm walczył z tym świństwem, a dzięki waszym dobrym serduszkom wiem, że jest to możliwe. Dziękuję że jesteście z nami!

 

10.11. 2020

Jestem już tydzień po drugiej dawce chemii, jak przeszłam? Jak widać na załączonym obrazku.. Rozłąka od rodziny jest czymś strasznym, były to tylko 3dni a dla mnie trwały wieczność. Mój stan na tą chwilę jest bardzo dobry, 3xdziennie biorę 2 tabletki plus do tego 2 zastrzyki w brzuch wzmacniające organizm po chemii i przeciwzakrzepowe. Po podaniu pierwszej chemii miałam strasznie opuchnięta rękę i nogi i niestety bez zastrzyków się nie odbyło. Gdyby nie nasza cudowna szwagierka Karolina to nie wiem jakbyśmy sobie poradzili. To jest anioł nie kobieta. Takiej szwagierki każdemu życzę. Mam też dobre wiadomości, węzły chłonne się zmniejszają i guzy na piersiach więc chemia działa a ja razem z nią. Nie poddajemy się, bo mamy dla kogo żyć.

 

2.12.2020

Jestem już tydzień w domu od wizyty w szpitalu i podaniu trzeciej dawki chemioterapii. W tym momencie nie użalam się nad sobą ale nie jest łatwo. W szpitalu muszę korzystać z psychologa, biorę krople na uspokojenie, ale niestety w szpitalu kiepsko się czuje, brakuje mi rodziny. To są tylko 3dni a dla mnie jak miesiąc to trwa, ale cóż muszę to przetrwać, teraz do dobrych wiadomości. Dobrą wiadomością jest to że markery (komórki rakowe we krwi) spadły aż o 30% więc cieszymy się jak możemy.

Niestety z piersi guzek nie chce nic maleć, ale mamy nadzieję, że w końcu zacznie znikać. Od powrotu do domu było ciężko, ostatnie 5dni były słabe, cały czas spałam, wymiotowałam nie było łatwo, ale teraz jest o wiele lepiej. Zaczęłam ładnie zjadać i wszystko utrzymuje się w żołądku więc jakieś postępy robimy. Guz na żołądku nie daje przeciwwskazań. Następna chemioterapia za 1,5 tygodnia. Mam nadzieję, że dam radę po raz kolejny!

 

Boże Narodzenie w domu

- Osoby, które czytały jej wpisy mogły odnieść wrażenie, że sprawy mają się ku lepszemu, ale wcale tak nie było – mówi Anna Siwek, tłumacząc entuzjazm pogodnym usposobieniem Aliny. Dziś nie wiadomo na ile zdawała sobie sprawę ze stanu, w jakim się znajdowała, a na ile wypierała smutną świadomość zbliżającego się końca. Jeszcze podczas trwania aukcji charytatywnych lekarze nie pozostawiali złudzeń, mówiąc, że stan pacjentki jest zbyt poważny. Radzili skupić się na wsparciu psychologicznym i zorganizowaniu odpowiedniej opieki paliatywnej. Według ich prognoz Alina miała nie doczekać Bożego Narodzenia.

W połowie miesiąca, za pośrednictwem mediów społecznościowych poinformowała o nowych komplikacjach.

-  Kochani mój stan przed kolejną dawką chemioterapii trochę się pogorszył i musiałam być przyjęta do szpitala. Prosto mówiąc, od czwartku nic nie jadłam, wysoko gorączkowałam, bardzo często wymiotowałam.. Na szczęście dostałam tutaj szybko pomoc i wszystko ustąpiło. Trzymajcie kciuki kochani – pisała w sobotę 12 grudnia, w krótszym niż dotąd wpisie. Po raz kolejny „odezwała się” już z własnego łóżka.

- Były ciężkie dni, nie było psychologa nie było z kim porozmawiać. Na szczęście mam tak wspaniałą Panią doktor, która zgodziła się żeby odwiedził mnie ukochany mąż bardzo to pomogło a miś od niego był cudownym prezentem, nie odchodziliśmy na krok od siebie Po tygodniowej antybiotykoterapii moje wyniki z 300 spadły na 60 więc mogłam opuścić szpitalne mury. Niestety po antybiotyku mój organizm jest osłabiony i do 11 stycznia mam przerwę z chemią – odnotowała 18 grudnia, ciesząc się, że święta spędzi w rodzinnej atmosferze.

Mówiła o tym na łamach naszej gazety, opowiadając o żywej choince i o wigilijnych potrawach, które w tym roku, wyjątkowo będzie musiała zamówić.

- Nie mam tyle sił, by je przygotować. Za to prezenty mam już gotowe! Synek dostanie zabawki edukacyjne a mąż nowy portfel – opowiadała, nie mogąc doczekać się wigilijnej nocy, której, zgodnie z prognozami medyków, miała nie ujrzeć.

- Walczyła z ogromną determinacją, bo wiedziała, że ma dla kogo żyć – mówi Anna Siwek, która była świadkiem ostatnich dni Aliny i związanych z nimi smutnych scen. Chociaż chora przebywała we własnym domu, jej dni wyglądały identycznie jak w szpitalu. Większość przesypiała, bo tylko sen pozwalał odpocząć od myśli, dając chwilową przerwę w cierpieniu. Z każdym dniem gasła w oczach, przy coraz większej rozpaczy męża i zdziwieniu nieświadomego niczego syna.

- Olek cały czas pragnął kontaktu z mamą, jej bliskości. Ala starała się brać go do siebie, przytulić, ale z czasem nie miała sił utrzymać synka. Olek to roczne dziecko, nie wiedział, co się dzieje i dlaczego nie może leżeć z mamą. Już po ich ślubie płakał, wyciągał rączki, chciał wspiąć się na jej brzuch, ale Alusię za bardzo bolało. Trudne były dla niego też dni, gdy Ala przebywała w szpitalu. Wtedy Olkiem zajmowała się Karolina. Ma z nim świetny kontakt, ale nic nie jest w stanie zastąpi dziecku bliskości, którą daje matka – opowiada Anna Siwek.

 

Boją się o Marcina

Ostatni wpis Aliny w pamiętniku pochodzi z 18 grudnia, gdy informowała wszystkich wspierających o następnej dawce chemioterapii, którą przyjmie 11 stycznia. Istotnie, trafiła tego dnia do szpitala w Golęcinie, lecz nie była to planowana wizyta. W poniedziałek stan Ali uległ znaczącemu pogorszeniu. Miała problemy z oddychaniem i mówieniem. Przy jej łóżku, dzięki zgodzie lekarzy, trwał mąż. Ostatni raz rozmawiali we wtorek, gdy powoli traciła świadomość.  Marcin czuwał przy niej niemal nieustannie. Nie mógł zostawać tylko na noc, wszak w domu czekał na niego mały Olek. W środę wieczór ucałował nieprzytomną żonę, obiecując, że nazajutrz również będzie trzymał ją za rękę. Nie zdążył. Alina zmarła tuż przed godziną 9.00. Jak przyznają osoby z jej otoczenia, choć wiedzieli, że jej śmierć jest nieuchronna, nie zdołali przygotować się na ból, który nastąpił w czwartek. Ostatnie dni mocno odznaczyły się na psychice wszystkich, którzy towarzyszyli 26-latce w jej ostatnich dniach. Zwłaszcza na jej mężu, który bardzo źle znosi stratę ukochanej.

- Jest, ale tylko fizycznie. Staramy się go wspierać, załatwiając wszystkie formalności związane z pogrzebem. W pewnym momencie Ala miała już świadomość tego, jak zakończy się jej historia. Marcin wierzył jednak do samego końca. Teraz wciąż nie dociera do niego, to, co się wydarzyło – mówi Anna, bojąc się o 27-latka, który nie wyobraża sobie życia bez Ali.

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie