Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama

Pomóżmy uratować wełtyńskie molo

To ostatni taki pomost na Jeziorze Wełtyńskim. Z racji swojego ogólnodostępnego charakteru i stosunkowo dużej powierzchni można w zasadzie mówić o molo. Tylko tyle ostało się z prężnej niegdyś bazy rekreacyjnej najpiękniejszego jeziora w tych stronach. Aby zapobiec ostatecznej degradacji, grupa zapaleńców wyszła z inicjatywą ocalenia żywej pamiątki z dzieciństwa wielu pokoleń gryfinian

Reklama

Poniższy artykuł ukazał się w pierwszym wydaniu Gazety Gryfińskiej w 2022 r. Gorąco zachęcamy wszystkich gryfinian, którym bliska jest idea uratowania ostatniego ogólnodostępnego molo na Jeziorze Wełtyńskim, by wsparli ten cel.

Po kliknięciu TUTAJ nastąpi przekierowanie do strony, na której można dokonac dowolnej wpłaty.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

- Pamiętam czasy, gdy te jezioro żyło. Były plaże, pomosty, wypożyczalnia sprzętu wodnego, kajaki i rowery wodne, żaglówki. Ludzie pływali na materacach (…). Te jezioro nie jest już dla każdego. Tylko dla wybrańców – tak w kontekście opisywanej sprawy, wypowiadał się w czerwcu ubiegłego roku inicjator akcji, Jerzy Misiaszek.

NAJMOJSZE

Miejsce, które w latach PRL było oczywista bazą letniego wytchnienia dla mieszkańców Gryfina, zmieniło się. Ośrodki letniskowe, które niegdyś służyły wszystkim, sprywatyzowano. Zniknęły ogólnodostępna baza gastronomiczna i sanitarna. Wypożyczalnie sprzętu wodnego zamknięto. Nowi właściciele szczelnie odgrodzili się od otoczenia. Spontaniczni, wakacyjni bywalcy plaży dla części stali się intruzami, burzącymi idyllę. Dlatego nie było zgody, by ratować niszczejące pomosty, na które lubiła przyjeżdżać „hałaśliwa młodzież”. Jeden nawet celowo rozebrano. Właściciel akwenu, czyli Wody Polskie, najwyraźniej nie widzi sensu wydatkowania pieniędzy na taki cel.

W zamian pojawił się nowy fenomen. Cała linia brzegowa wzdłuż dawnych ośrodków usiana jest prywatnymi kładkami, przeróżnej urody „pomościkami na patencie”, nieprzytwierdzanymi trwale do brzegu. W końcu, jak celnie punktował polskie przywary Koterski „moje jest najmojsze”.

Tyle, że ludzie bez domków letniskowych i tak przyjeżdżają cieszyć się czystym i pięknym jeziorem. Za Henryka Piłata powstał plan, by stworzyć nowe, ogólnodostępne miejsce rekreacji nad jeziorem od strony wsi. Nic jednak z tego nie wyszło. Choć lokalizacja i dziś zdaje się sensowna, przeszkodą miała być wtedy nader kosztowna rekultywacja gruntów. I tak, zostaliśmy z ostatnim drewnianym molo, na które może wejść każdy. Z którego nikt nas nie wygoni, z którego dzieciaki mogą skakać do wody, wędkarze i wodniacy przycumować łajby, a zakochani posiedzieć sobie wieczorową porą.

 

NA RATUNEK, SPOŁECZNIE

Niestety łatana latami przez zapaleńców konstrukcja, wybudowana w ramach ćwiczeń saperskich przez Ludowe Wojsko Polskie, sama nie postoi już długo. Choć pale tkwiące w dnie są w miarę dobrym stanie, cała reszta zwyczajnie zaczyna się sypać.

Potrzebna była szybka akcja ucywilizowania jego statusu i gruntowny remont konstrukcji. Tym pierwszym z powodzeniem zajął się wspominany J. Misiaszek. Skrzyknął do tego celu Stowarzyszenie Knieja. To właściciele domków z byłego ośrodka milicyjnego, którzy nie postrzegają tej inicjatywy w kategoriach utraty prywatności. Molo oficjalnie jest już pod ich opieką.

- Chcę, żeby po remoncie ustawić na pomoście ze dwie ławki i zrobić tam dodatkowo ledowe oświetlenie. Oczywiście wcześniej kwestia rozbiórki, wzmocnienia konstrukcji, zakup materiałów, gwoździ, obejm, paliwa do pił, impregnatów do drewna, później wywózka odpadów… Myślę, że piętnaście tysięcy złotych jest kwotą, która pozwoli zrealizować ten cel – powiedział nam Jerzy Misiaszek, gdy zapytaliśmy wprost o koszt uratowania mola.

- Jak na taki duży pomost, to i tak jest nieduży koszt, bo wszystkie prace rozbiórkowe i wykonawcze będziemy wykonywać w czynie społecznym – dodał.

Dopytywany przyznał, że idealną byłaby sytuacja, gdyby prace ruszyły na zamarzniętym jeziorze. Logistycznie byłoby to bardzo duże ułatwienie. Zima trwa, ale doświadczenie ostatniego tygodnia, gdy temperatura wzrosła o ponad dwadzieścia pięć stopni, każe ostrożnie patrzeć w przyszłość.  Najważniejsze, że są chętni zaangażować się w projekt.

 

WYPOWIEDZI OSÓB, ZAANGAŻOWANYCH W RATOWANIE WEŁTYŃSKIEGO MOLO

Marek Kwiatkowski, wędkarz

- Korzystam z tego jeziora od dwudziestu lat, z dwóch łódek, które tam mam. Łapię ryby i dzieci mam, które się kąpią. Szkoda, żeby to wszystko zanikło. Tak się stanie, jeśli tego pomostu nie wyremontujemy. Często widuję tam ludzi, latem czy zimą. Jak jest lód, to przyjeżdżamy tam na łyżwy. Przynajmniej jest gdzie położyć rzeczy. Nie raz z Jurkiem naprawialiśmy już ten pomost, gdy zaczął podupadać. Wszystko własnymi siłami, żeby jakoś się trzymało. Reakcje ludzi z okolicznych ośrodków były różne. Byli tacy, co pytali „a po co, a na co”, bo ludzie z miasta przyjeżdżają… Ludzie z miasta przyjeżdżali i będą przyjeżdżać. Trzeba to odbudować, żeby nie było dziur i nikomu nic się nie stało. 

 

Zbigniew Luberski, żeglarz, nurek

- Jak ktoś ma swój prywatny pomost, to goni wszystkich. To jest ostatni ogólnodostępny pomost na Wełtyniu. Nikt nie chce tego restaurować, bo wiąże się to z pieniędzmi i odpowiedzialnością, bo ktoś sobie krzywdę może zrobić. Dlatego podziwiam Jurka, że bierze to na siebie. On go zawsze reanimował. To zawsze były jego inicjatywy. Pomagaliśmy mu. Kiedyś wysypaliśmy tam kilka wywrotek piasku, żeby móc komfortowo się kąpać. Sprzątaliśmy tam często, czyściliśmy dno. Nawet burmistrz swego czasu brał w tym udział. Pamiętam, że ciężko było uzbierać coś wśród właścicieli domków. Starsi ludzie nawet z tego pomostu nie korzystali. Zawsze służył, żeby przybić do niego łódką, ale też wielu z Gryfina przyjeżdżało, żeby móc tam posiedzieć. W ogóle szkoda tego, co się stało z tymi pomostami. Ten pomost na ośrodku PKP, to olbrzymia strata dla Gryfina, dla całej gminy. Oddanie tych ośrodków… Przy tym ostatnim pomoście ludzie nadal cieszą się wodą, skaczą, uprawiają jakąś formę rekreacji.

 

Dorota Chojnacka, morsuje na Jeziorze Wełtyńskim

- Z tego molo cieszy się i nadal korzysta dużo ludzi. Starszych i młodych. Zarówno z Gryfina, jak i z Wełtynia czy nawet Gardna. W tym również młodzi sportowcy. Widywałam tam triathlonistów z Delfa czy Hermesa. Tym bardziej, że nie ma żadnego innego pomostu. Ludzie cumują tam łódki. Inni chętnie tam morsują. Ci, którzy uprawiają windsurfing, zostawiają tam sprzęt i tak dalej. Trudno byłoby się pozbyć tego mola. Co roku Jurek i inne osoby łatali je. Wiele tłumaczy to, że wiele osób, które posiadają okoliczne domki, z samym jeziorem nie mają wiele do czynienia. Przyjeżdżają na imprezki, żeby sobie pogrillować i czasami nawet nie wychodzą na spacer. Im nie zależy na tym, żeby te molo remontować. W czasach, gdy były to jeszcze ośrodki pracownicze, ktoś jeszcze się tymi pomostami interesował. Jak domki zostały wykupione, nikomu już nie zależało.

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie