Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama

Polska jest dla nas szansą

Rozmowa z Frankiem Gotzmannem, dyrektorem regionu Gartz (Amt Gartz) jednostki administracyjnej Niemiec, skupiającej pięć gmin: Gartz, Mescherin, Tantow, Casekow, Hohenselchow-Groß Pinnow

Reklama

 

W Polsce trwa gorąca dyskusja na temat wypowiedzi angielskiego premiera, krytykującej fakt wypłacania Polakom pracującym na emigracji zasiłków na dzieci w naszym kraju. Czy w Niemczech są podobne opinie?

- Zdarzają się takie dyskusje, ale raczej nie w odniesieniu do Polaków, dotyczą bardziej krajów, które niedawno weszły do Unii, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Wasi rodacy osiedlają się na naszych terenach i co ważne stają się częścią lokalnej społeczności. Dzieci grają w naszych drużynach piłkarskich, uczestniczą w innych imprezach, ich rodzice włączają się w nasze życie. To nowe pokolenie, które łamie obowiązujące w Niemczech stereotypy o Polakach.

Czy otwarcie niemieckiego rynku dla Polaków miało wpływ na wasze okolice?

- Okazało się, że nie, choć obawy były spore. Po obu stronach rzeki, czy to w Gartz, czy w Gryfinie sytuacja ekonomiczna nie jest najlepsza, trzeba solidnie pracować, aby się utrzymać. Sporo osób wybiera wyjazd do dużych miast czy za granicę, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej.

A co jest podstawą waszej gospodarki?

- To w głównej mierze tereny rolnicze.

 Co więc robią młodzi ludzie, którzy nie chcą wiązać z tym przyszłości?

- Jest sektor usługowy, sporo pracy jest w branży przemysłowej w Schwedt.

 W Polsce mieliśmy od czynienia z olbrzymią falą emigracji młodych ludzi. Czy z wschodnich landów też młodzi wyjeżdżają?

- Tak, takie zjawisko też u nas miało miejsce. Liczymy, że uda się je powstrzymać, a liczba mieszkańców przestanie się zmniejszać. Polacy wyjeżdżają za granicę, Niemcy szukają lepszej pracy w dużych miastach. Dwadzieścia lat temu w rejonie Gartz mieszkało ponad 8 tysięcy osób, teraz liczba spadła poniżej siedmiu tysięcy, choć tendencja spadkowa się zatrzymuje, co nas bardzo cieszy.

 Czy władze lokalne mają pomysł na powstrzymanie wyjazdów?

- Widzimy swoją szansę także w Polsce. Niedawno w największych niemieckich gazetach można było przeczytać teksty o tym, że nie powinniśmy z nadzieją spogląda tylko na zachód i Francję, ale że położona na wschód od nas Polska szybko się rozwija. Inaczej wy postrzegacie siebie, a inaczej jesteście postrzegani z zewnątrz.

 Po prostu lubimy narzekać.

- A tymczasem wasz kraj jest postrzegany jako miejsce dobre do inwestowania. W Europie ludzie mają coraz lepsze zdanie o Polsce. Gdy patrzymy na mieszkających tutaj młodych Polaków, jesteśmy pod wrażeniem, choćby tego, że chcą się uczyć niemieckiego, chcą posyłać dzieci do naszych przedszkoli, stawiają sobie i dzieciom większe wyzwania. Przed polskimi dziećmi, które opanowują płynnie oba języki, widzę przyszłość. A co ważne, w szkole w Gartz mamy nauczycielkę z Polski, która uczy polskie dzieci ich języka.

 Osoby, które decydują się na przeprowadzkę należą raczej do tych odważnych.

- Tak, tym bardziej że mamy same dobre doświadczenia w tym zakresie.

 Ilu Polaków tutaj mieszka?

- 659 osób, to nieco ponad dziesięć procent naszej społeczności. W przedszkolu w Tantow jest więcej dzieci polskich niż niemieckich. W szkole w Gartz Polacy to jedna czwarta uczniów. Z naszego punktu widzenia to dobrze, chcemy, aby dzieci Polaków chodziły do naszych szkół. Można uzyskać zgodę, aby dziecko chodziło do innej szkoły, także polskiej, ale to bardzo rzadkie przypadki, muszą być ku temu ważne powody.

 Jak wygląda sieć szkół podstawowych?

- Mamy trzy szkoły podstawowe, dwie publiczne w Gartz i Casekow, jedną prywatną prowadzoną przez kościół ewangelicki.

 Ilu jest tam polskich uczniów?

- Jeszcze w 2008 roku nie było żadnego, teraz ich liczba stale rośnie, mamy dziś kilkunastu polskich pierwszoklasistów, a więc możemy zakładać, że Polaków nie tylko jest sporo, ale będzie przybywać. Co nas najbardziej zaskakuje i cieszy, to fakt, że zaczęło przybywać nam również uczniów niemieckich. Oznacza to, że młodzi ludzie nie wyjeżdżają od nas już w takiej mierze.

 Tego się nie spodziewaliście?

- To zjawisko łamie wszelkie prognozy. Byliśmy miejscem, z którego się tylko wyjeżdżało, na szczęście teraz widać, że są ludzie, którzy widzą tutaj swoją szansę.

 Wróćmy do postrzegania Polaków, czy jest przy granicy inne niż w dalszych rejonach Niemiec?

- Tak, głównie dlatego, że możemy opierać się na własnych doświadczeniach, a nie stereotypach. Wiemy, jak naprawdę jest.

 Z jednej strony mamy zarówno hasła ksenofobiczne, głoszone przez skrajne środowiska w Niemczach, ale także np. zjawisko tego, że polscy złodzieje jeżdżą kraść do Niemiec. To zagrożenie dla współpracy?

- Pewne problemy są, i to po obu stronach. Myślę, że skrajne poglądy nie zyskują większej popularności. W ostatnich latach nie zanotowaliśmy wzrostu przestępczości. Otwarcie granic, zmniejszenie liczby służb mundurowych tutaj zmieniło nasze poczucie bezpieczeństwa, wiadomo, że na styku państw mamy do czynienia z różnego rodzaju działaniami, także łamiącymi prawo, ale to problem raczej na poziomie wyższym niż lokalnym. Znów musimy wrócić do najmłodszych. Przed tym, jak zaczęli się u nas pojawiać Polacy, do roku 2008 stale zmniejszała się nasza populacja. W przedszkolu już planowano, kto następny straci pracę, bo liczba dzieci malała. A teraz to się zmienia.

 A jak zmieniła się sytuacja na rynku nieruchomości?

- Co najważniejsze, nieruchomość można teraz sprzedać. Wcześniej było to niemożliwe, gdy tak wielu stąd wyjeżdżało, nikt nie chciał ich kupować. Teraz, gdy jest popyt oznacza to, że nasze nieruchomości mają konkretną wartość.

 Jednak jakieś problemy w działaniach transgranicznych muszą być?

- To bariera językowa. Na naszej granicy jest ona największa w Europie. To będzie trudne do zniwelowania. Nie ma innego wyjścia, jak uczyć się języka sąsiadów, to dotyczy obu narodów.

 Wschodnia cześć Niemiec to jedna z mniej rozwiniętych części Niemiec, my narzekamy na to, że polski rząd zapomina o Pomorzu Zachodnim. Gdzie nasz region powinien szukać szans rozwoju?

- Myślę, że nie powinno się określać jednej ścieżki rozwoju, jak przemysł czy turystyka. Uważam, że naszą szansą jest granica, choćby to, że Szczecin jest miastem leżącym tak blisko Niemiec. Jeśli ktoś myśli o biznesie prowadzonym na tych dwóch rynkach jednocześnie, jesteśmy idealnym miejscem do tego.

 Czy polskie władze różnych szczebli widzą sens w działaniach transgranicznych?

- Bezpośrednio sąsiadujemy z gminami Kołbaskowo, Gryfino i Widuchowa. Współpraca nie zawsze bywa łatwa, ale cały czas nad tym pracujemy.

 W Gryfinie czekamy na inwestora przemysłowego, czy to w dawnym rejonie rolniczym ma szanse na powodzenie?

- To zawsze zależy od indywidualnych wysiłków, poznałem osobę, która odpowiada za rozwój gospodarczy w Stargardzie i jestem pod wrażeniem jej pracowitości i sukcesów.

 Jak wygląda nasz samorząd z niemieckiej perspektywy?

- Mogę tylko zazdrościć polskim kolegom takiej ilości inicjatyw społecznych i zaangażowanych młodych ludzi w różne działania. Osobną kwestią jest oczywiście to, czy ten potencjał jest właściwie wykorzystywany.

 Nasze władze nie zawsze go wykorzystują?

- Tak, wiadomo, że czasami władze nie chcą jakiejś zewnętrznej presji. Ja też spotykałem się z różnymi reakcjami, gdy np. głośno mówiłem o potrzebie łączenia Szczecina z Berlinem autostradą, ale przecież chodzi tylko o rozwój i wspólne dobro.

 Weźmy pod uwagę turystykę, u nas nie przykłada się do niej takiej wagi jak u was.

- Musimy się nawzajem wspierać. Teraz pracujemy nad pomysłem odbudowy mostu wiodącego z Gartz na Międzyodrze. W rzece dalej stoją betonowe kolumny, można łatwo sobie wyobrazić choćby drewnianą konstrukcję dla pieszych i rowerzystów, mogłoby powstać połączenie z Widuchową i Gryfinem, idealne dla rozwoju turystyki.

 To projekt, który łatwiej zrobić wspólnie?

- Tak, bo proszę nie myśleć, że my nie mamy problemów finansowych. Spłacaliśmy ostatnio spore zadłużenie, współpraca z radami gmin nie układała się łatwo.

 Co było przyczyną zadłużenia?

- W latach dziewięćdziesiątych politycy podjęli kilka złych decyzji. Teraz trudne okazało się wytłumaczenie tego ludziom, że te długi trzeba spłacić, co oczywiście kosztuje. Dla mnie zarządzanie było trudne, łatwiej prowadzić sprawy samorządowe, jeśli nie masz długów. Łatwo rządzić w bogatym regionie, w biednym, a my przecież jesteśmy jednym z najbiedniejszym w całych Niemczech, jest to trudniejsze i trudniej zyskać uznanie u ludzi.

rozm tm

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie