Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego

O tym jak wójt gminy Banie pobił ruskich żołnierzy

Prezentujemy drugą część wspomnień Zenona Wilczka, jednego z pierwszych wójtów gminy Banie. To opowieść o ludziach: pionierach, odbudowie gospodarki rolnej, ale też problemach. Nieudanym zamachu na komendanta miejscowej MO, czy bijatyce z Rosjanami, do której doszło w pierwszej bańskiej restauracji...

Reklama

Po wojnie czynne były dwie restauracje. Prowadzili je: p. Halina Tomaszkiewicz i p. Jasmont. U pana Jasmonta (jak na owe czasy), to była bardzo elegancka knajpa. No może zła nazwa, ale restauracja. Burd właściwie nie było, choć jedna, co była, okazała się szczególna.

W owym czasie wójtował p. Józef Watras. Człowiek możliwej postawy i wagi, no – ciężkiej. Ale z zasady bardzo spokojny. Nie często, ale zachodził do restauracji p. Jasmonta, jak to się mówi: „na jednego”. Natomiast bardzo częstym bywalcem był tam p. Feliks Adamczyk – urzędnik gminy, człowiek bardzo zdolny, znający sprawy administracji samorządowej.

Jedyna wada: ciąg do alkoholu. Gorzej było u niego z gotówką. Żona była twarda, no i rodzina musiała z czegoś żyć. Cóż – w restauracji Zasze się jakiś „koń” znalazł i tak szło. Z zasady Feliks był zawsze bez forsy, czyli „goły”. Pewnego dnia rozegrała się taka scena. Wójt poszedł „na jednego”. Feliks czekał „na konia”, ale jeszcze ikt się nie trafił. Do restauracji weszło czterech żołnierzy radzieckich. Jeden w randze pułkownika, reszta: zwykłe sołdaty. Pan Feliks zaraz się nimi zajął (skazał: „pażałsta towariszczi”) i zaczęło się popijanie.

Zaszło nieporozumienie: ruscy sądzili, że to pan Feliks stawia, a p. Feliks, że to ruski muszą zapłacić. Rachunek podał p. Jasmont i rozpoczęła się sprzeczka, kto zapłaci. Była niezła awantura. W końcu pułkownik zapłacił i polecił swoim sołdatom, aby tego (niecharoszego) Polaka zabrać do Germanii – tam się nauczy oszukiwać ruskich. Sołdaty chwyciły p. Feliksa, a ten darł się w niebogłosy, wołając o rachunek.

Obecny na sali wójt stanął w obronie pana Feliksa, nie mógł przecież pozwolić, aby zabrali do Germanii jego urzędnika. Cóż – czterech uzbrojonych żołnierzy na jednego. Zaczęli go okładać pięściami. Obecni przy tej awanturze opowiadali: „Nasz wójt w mig położył czterech ruskich. Najgorzej ucierpiał pułkownik. Dostał potężnego kopa w bardzo czułe miejsce”.

Broń: trzy pistolety i pepesza znalazły się w rękach pana Watrasa – tenże wybiegł przed restaurację, gdzie stał wojskowy łazik, którym przyjechali ruscy. Przestrzelił cztery opony plus jedną zapasową. Wyłuskał naboje i porzucił broń obok samochodu. Feliks też dostał od wójta kopniaka.

Ruscy (jak się pozbierali), udali się do p. Tomaszkiewicza i kupili ogumienie. Przy montażu nasi im pomagali. Tomaszkiewicz podpytywał pułkownika, co zamierza zrobić. Odpowiedział, że nic, bo im nie wolno pić alkoholu w restauracjach. Najbardziej złorzeczył, że taki jeden Polak mógł pobić ich: rosyjskich wyzwolicieli Polski i Polaków. No, co innego, gdyby zabrał im broń, ale „ten sobaka chytry” i broni nie zabrał. To był taki czas: mocny zawsze był górą.

Z Watrasem się liczono, ale moim zdaniem był to człowiek bardzo spokojny i dobry (znałem go bardzo dobrze). A, że bronił swego – to bardzo dobrze i tak powinno być.

 

Cały artykuł znajduje się w Gazecie Gryfińskiej.

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie