Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama
Reklama

Jaki naprawdę był Antoni Anweiler?

Oponenci, których wciąż nie brakuje, opowiadają o nim jako o… gryfińskim Wałęsie. To z kolei denerwuje jego najbliższych współpracowników i kolegów. Uważają bowiem, że porównanie to jest sporym nadużyciem. Antoni Anweiler, mimo, że zmarł dokładnie dziesięć lat temu, wciąż wywołuje niemałe emocje

- Zamierza pan pisać o Anweilerze? Mam nadzieję, że nic dobrego… - usłyszałem kilkukrotnie.

Zbierając informacje do artykułu pukałem od drzwi, do drzwi, z coraz bardziej nietęgą miną. Docierałem do kolejnych osób, które znały wieloletniego przewodniczącego NSZZ Solidarność w Dolnej Odrze, lecz mało kto godził się na rozmowę. Jeśli już, słuchałem o Anweilerze wyłącznie w negatywnym kontekście, jakby  przez całe życie nie zrobił nic dobrego.

- Bo tylko naszkodził i skłócił naszą społeczność – padało w kontrze, wraz z pytaniem: „czy naprawdę warto pisać o takim człowieku?”.

Co z reporterskiej perspektywy najgorsze, trudne okazało się nakłonienie do rozmowy jakiegokolwiek z… bliskich współpracowników Anweilera. Spotkania odmówiła zarówno Blandyna Migdalska, jak i Zbigniew Krakowiak. Pośredni kontakt udało się wprawdzie nawiązać z Grzegorzem Handke, lecz były członek OKP Solidarność ostatecznie nie odpowiedział na moją prośbę.

- W moim odczuciu to nieeleganckie i niesprawiedliwe w stosunku do Anweilera. Wszyscy wymienieni wiele mu zawdzięczają. Przy jego boku i wsparciu robili kariery – uznaje Wojciech Długoborski.

Wieloletni burmistrz gminy był pierwszą – początkowo wydawało się, że też jedyną – osobą, która zdecydowała się powiedzieć „coś” pozytywnego na temat zmarłego przed dziesięcioma laty związkowca. To o tyle paradoksalne, że w 1991 r. Anweiler był głównym inicjatorem akcji… odwołania Długoborskiego ze stanowiska burmistrza Gryfina.

- Zdarzenie to wynikało z sytuacji politycznej, która nastąpiła krótko po uformowaniu się pierwszej rady miejskiej. Później jednak emocje opadły, a ja z Antonim miałem dobre relacje. Spotykaliśmy się nie tylko na płaszczyźnie zawodowej, ale często także prywatnej. Rozmawialiśmy, lubiliśmy pożartować. Ceniłem wiele cech jego charakteru i upór, którym się wykazywał. Nie oceniałbym go tak drastycznie, jak niektórzy – komentuje były poseł SLD.

W odmalowaniu postaci przewodniczącego „S” pomogła też lektura wspomnień, które po nieoczekiwanej śmierci Anweilera umieściło „Nowe 7 Dni Gryfina”. Wypowiadający się w artykule Henryk Kowalski otwarcie nazywał zmarłego swoim przyjacielem.

 

Cały artykuł znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie