Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama

Jak wyglądał 13 grudnia 1981 w Gryfinie?

Mija czterdzieści lat odkąd w Polsce wprowadzony został stan wojenny. Mieszkańcy Gryfina wspominają na łamach Gazety Gryfińskiej jak wyglądał tamten dzień

Reklama

13 grudnia 1981 r. był niezwykle charakterystycznym dniem także z innego powodu. Opisywanej nocy  kraj pokrył śnieżny puch. Było pięknie, choć mroźnie i groźnie. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Służba Bezpieczeństwa w środku nocy wyciąga z ciepłego mieszkania.

- Zanim weszli do środka, najpierw długo walili w drzwi. Mówili, żebym otwierał, bo inaczej je wyważą. Wtedy wiedziałem, że sprawa jest poważna. Inaczej nie przyszliby w nocy. Byli uzbrojeni. Miałem małe dzieci, które były przerażone tą sytuacją. Gdy zacząłem się ubierać, powiedziano mi, że jest bardzo zimno i bym ubrał się ciepło – opowiada Jan Witkowski.

Podobną rozmowę odbył jego brat.

- W momencie internowania, oprócz esbeków stawili się u mnie też milicjanci. Ich zachowanie zdradzało, że nie uczestniczą w tradycyjnym zatrzymaniu. Bardzo często zachowywali się wyniośle i arogancko. Znałem ich z widzenia, czasem uczestniczyli w rewizjach mojego mieszkania. Tym razem stali przede mną niemal przestraszeni. Po raz pierwszy zobaczyłem u nich strach i pewne odczucie empatii. Powiedzieli, że jest śnieżyca, więc zasugerowali, żebym ubrał się ciepło. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to i było nieco niepokojące. Można powiedzieć, że był to mój pierwszy szok stanu wojennego - przyznał po latach Mirosław Witkowski.

Moment zatrzymania zupełnie inaczej zapamiętał śp. Zdzisław Podolski.

- Po północy bestialski i bandycki napad, wyłamanie drzwi, 20-30 zamaskowanych bandytów? Morderców? Gliny? SB? Z długimi bagnetami trójkątnymi na broni gotowej do strzału wdarło się do mojego mieszkania, obstawiając okna, balkon, drzwi, pod balkonem na zewnątrz, pod oknami całe mrowie ich. Wyciągnęli mnie jak najgorszego zbrodniarza, nie pozwalając mi się ubrać, w piżamie i wykręcając ręce do tyłu, założyli kajdanki. Żona zażądała nakazu. Tam było napisane „internowanie Nowogard Wyspa” – zapisał w relacji z grudnia 1987 r., którą przed śmiercią przekazał Towarzystwu Miłośników Historii Ziemi Gryfińskiej.

Gdy miasto powoli budziło się do życia, trzech opozycjonistów nie było już na terenie Gryfina.

- Najpierw zawieźli nas na posterunek, gdzie chcieli, byśmy podpisali lojalkę. Przedarłem ją i rzuciłem przesłuchującemu w mordę, za co dostałem w twarz. Jan i Mirosław Witkowscy też nie podpisali. Razem zawieźli nas do więzienia w Goleniowie – kontynuował Z. Podolski.

Ze względu na opady, podróż przeciągała się w nieskończoność.

- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Śnieg sypał gęsto, więc jechaliśmy bardzo wolno. Żartowaliśmy, choć nie było nam do śmiechu, że chyba wiozą nas na Syberię. Tak długo trwał nasz przejazd do Goleniowa – dopowiadali Witkowscy.

W ciągu następnych miesięcy przerzucano ich  kilkukrotnie, na początku 1982 r. do Wierzchowa, a później do Strzebielinka.

- Nikt nie wiedział, ile potrwa uwięzienie. Żyliśmy w ciągłej niepewności, również co do tego, gdzie nas wiozą - mówi Mirosław Witkowski, który miał w tym względzie pecha. Ze wszystkich 10 131 internowanych przesiedział najwięcej, bo rok i dziesięć dni. Na wolność wyszedł jako ostatni w kraju, dopiero 23 grudnia 1982 r.

 

Cały artykuł znajduje się w aktualnym wydaniu Gazety Gryfińskiej.

 

 

Reklama

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie