Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama
Reklama

Imperium Fritza. Kim był Radefeldt?

Był właścicielem sześciu domów handlowych i jednym z najbogatszych lokalnych przedsiębiorców. Jego nazwisko znali nie tylko przedwojenni mieszkańcy miasta. Posługiwali się nim również Polacy. Fritza Radefeldta poznali ze względu na charakterystyczne ruiny, które przez niemal ćwierć wieku stały w ścisłym centrum Gryfina. Gdy zniknęły z powierzchni, zamiast ulgi wielu poczuło smutek. Ten element „dawnego świata” można było odratować

Stanowił symbol dwóch miast. Rozwijającego się i zmierzającego w stronę nowoczesności Greifenhagen oraz niepotrafiącego podnieść się z wojennych zniszczeń Gryfina. Obie jego odsłony zapisały się w zbiorowej pamięci.

- To był niezwykły jak na tamte czasy modernistyczny budynek, w którym znajdował się dom handlowy. Można  było kupić w nim dosłownie wszystko – opowiadała Alice Kiehn.

Jej rodzina mieszkała naprzeciwko, w jednym z mieszkań na parterze ratusza miejskiego, dzięki czemu mogła dokładnie przyjrzeć się nietypowej budowli.  Po wojnie obiekt również przyciągał spojrzenia, lecz z zupełnie innego powodu.

- Wyglądał jak znak czasów, które odeszły i nie wrócą – wspomina Leopold Kemmling, historyk, który w ruinach Radefeldta spędził dzieciństwo. Nie on jedyny.

 

Andrzej Grygiel (rocznik 1948): Przysłaniał mi świat i to w dosłownym znaczeniu. Stała za nim  kamienica, w której się urodziłem. Jestem chłopakiem z ulicy Marchlewskiego, Radefeldt był moim drugim domem. Bawiliśmy się tam w chowanego.

 

Henryk Dąbkiewicz (1949): Jako dziecko wchodziłem na parter Radefeldta. Było tam pełno wody w niższych miejscach i wiele siana. Pamiętam, że filary wewnątrz zostały przestrzelone do tego stopnia, że było widać pręty zbrojeniowe.

 

Andrzej Rosiński (1957): Miałem sześć lat, gdy na dachu Radefeldta paliłem pierwsze papierosy. Cały czas bawiliśmy się w jego ruinach.

 

Mieczysław Sawaryn (1960): Skakały po nim kozy, które pasły się w okolicy.

 

Ruiny przyciągały nie tylko chłopców.

- Często chodziłam z koleżankami po tamtejszych schodach. Dorośli krzyczeli, że nie powinniśmy tego robić, bo to niebezpieczne. Jednak byłyśmy zbyt ciekawskie – wspominała Helena Śliwińska (1928).

Dawny dom handlowy fascynował i niósł tajemnicę. Jeden z pionierów opowiadał, że w piwnicy znajdował się niemiecki czołg, pod którym załamała się podłoga. Z ust do ust przekazywano historie o radzieckich żołnierzach, którzy wychodzili z budynku z belami materiału na plecach, a gdy nie było już czego wynieść, urządzali w środku zawody strzeleckie. Rozprawiano też o dawnym właścicielu, który nie był  dla polskich osadników postacią zupełnie anonimową.

- Wokół walały się guziki, można było natknąć się też na wieszaki z napisem Radefeldt Greifenhagen – przypomina sobie Maryla Rusiecka (1952).

Kilka sztuk znajduje się w Towarzystwie Miłośników Historii Ziemi Gryfińskiej oraz w zbiorach Biblioteki Publicznej w Gryfinie. Po tym, jak wyburzono obiekt zniknął z powierzchni, stanowią jedno z niewielu namacalnych świadectw działalności Fritza Radefeldta, przedsiębiorcy, który dbał o to, by mieszkańcy miasta nosili się modnie, a wykonywanie domowych obowiązków przychodziło im łatwiej.

 

Więcej w Gazecie Gryfińskiej.

 

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie