Gryfinska.pl - informacje z powiatu gryfińskiego
Reklama
Reklama

Gryfiński ułan, który przegonił bolszewików

11 listopada 1918 r. Polska odzyskała niepodległość. Przez kolejne miesiące i lata nasz kraj musiał walczyć o swoje granice. W potyczkach z bolszewikami walczył m.in. Wacław Ławicki, wielokrotnie odznaczając się odwagą na polu bitwy. Sto lat od opisywanych wydarzeń wspominamy jego bogaty życiorys razem z Aleksandrą Ławicką-Ogrodnik, córką jedynego gryfinianina, który w uznaniu zasług otrzymał Virtuti Militari, najwyższe z możliwych odznaczeń wojennych. Przedstawiamy archiwalny artykuł, który ukazał się na naszych łamach w sierpniu poprzedniego roku

Ojciec walczył w wielu bitwach. Brał udział w wojnie 1918 roku, dwa lata później przeciwko Armii Czerwonej, a podczas II wojny światowej bronił granic przed wojskami Hitlera i Stalina. Wielokrotnie odznaczał się wyjątkową odwagą, za co otrzymał nie tylko Virtuti Militari V kl., ale też trzy Krzyże Walecznych, które nadawano „celem nagrodzenia czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju przez oficerów, podoficerów i szeregowców",  Krzyż Armii Krajowej, medal za wojnę 1918-1920 oraz wiele innych. Tata był bardzo odważny, co 16 sierpnia 1920 roku mógł przypłacić śmiercią. Tego dnia miała miejsce szarża pod Cycowem, jeden z epizodów Bitwy Warszawskiej. W czasie walk dostał odłamkiem od pocisku dum-dum. W 1899 roku zostały one zakazane przez II Konwencję haską, później zakaz ten powtórzono w 1907 roku. Rosjanie nic sobie jednak z tego nie robili, co mogło kosztować mojego ojca życie. Dostał w plecy. Rozerwało mu fragment ciała, miał dziurę jak pięść. Było z nim bardzo źle. Cudem uszedł z życiem. Zginąłby na polu walki, gdyby nie jego klacz. Nazywała się Kita i galopem przewiozła nieprzytomnego ojca z Cycowa do Mińska Mazowieckiego, gdzie stacjonował jego pułk. Jeśli spojrzy się na mapę, widać, że to kawał drogi. Kita była jednak bardzo mądrym konikiem. Tata trzymał ją u siebie przez dwadzieścia lat i traktował jako swoją wybawczynię. Rozstali się dopiero w 1942 roku,  gdy przyszli Niemcy i zabrali zwierzęta. Co się z nią później działo? Tata wiele razy mówił, że bardzo chciałby to wiedzieć.

 

Uratował życie koledze

Wacław Ławicki urodził się 8 września 1900 roku we wsi Wola Bychawska, niedaleko Lublina. Pod koniec życia zaczął pisać swoje wspomnienia, których niestety nie dokończył. Opisywał, że jako młody chłopak marzył o tym, by zostać ułanem. Gdy uzyskał pełnoletniość, zgłosił się na ochotnika do 7 Pułku Ułanów Lubelskich. Chrzest bojowy przeszedł 30 listopada 1918 roku. Polska odzyskała niepodległość, lecz czas nie był dobry na świętowanie. Cały czas ważyły się losy kształtu granic państwowych. Na jego rubieżach toczyły się bitwy, wybuchały kolejne powstania, organizowano plebiscyty. Ojciec, wraz z pułkiem, ruszył na front ukraiński. Walczył pod Potyliczem, Zaborzem, Hujczem, Zieloną Hutą. Brał też udział w szarży pod Koniuchami. Następnie skierowano go na front litewsko-białoruski, gdzie stoczył boje pod Lidą, Wołożynem, Olechnowiczami, Mołdecznem, Wilejką, Wiazyniem, Rybczanami, Słobudką, Lipskiem, Berezuną i Berdówką. Pod Lidą tata pokazał, że jest ułanem w pełnej krasie. Jego wyczyn w 1933 roku opisał „Żołnierz Polski”. Przytoczę fragment: „16 kwietnia 1919 roku 7 Pułk Ułanów otrzymał rozkaz przejścia na wschód od Lidy, zniszczenia komunikacji na Mołodeczno i poczynienie daleko idących dywersji na tyłach nieprzyjaciela. W pewnej chwili pułk znalazł się w krytycznej sytuacji, napotkawszy silne oddziały bolszewickie, wysłane do oczyszczenia swoich tyłów, 1-szy szwa dr. szarżował na czerwonych marynarzy, zaopatrzonych w liczne karabiny maszynowe, w wyniku udanej szarży biorąc 135 jeńców, 10 karabinów maszynowych, 18 kuchen pol., wozy, konie i materiały wojenne. Szarża była prowadzona z nadzwyczajnym rozmachem. Ławicki dał w tej szarży przykład wielkiej koleżeńskości. Gdy jadący obok niego ułan zwalił się, rażony z bliska kulą, Ławicki rzucił się na atakujących bolszewików i zabił dwóch, ocalając rannego kolegę. Zachowanie się Ławickiego w boju dodało ducha jego towarzyszom. Odwaga była jego stałą cechą. Oddał duże zasługi, jako zwiadowca”.

Tak opisywano ojca niemal 90 lat temu. Za bój pod Lidą cały 7 Pułk Ułanów otrzymał Virtuti Militari nr 2507. Po latach ojciec otrzymał jeszcze swój własny.

 

Ciągnęło go do wojska

W dniu dziewiętnastych urodzin ojciec, który był już plutonowym, został odkomenderowany na kurs do Centralnej Szkoły Podoficerów Jazdy. W Przemyślu spędził pół roku, po czym wyruszył bronić kraju przed bolszewikami. Walczył pod Krukami, Polakami, Równem, Widokami, Karandaszami, Zdołubunowem i Cycowem, gdzie jak już opowiadałam został ciężko ranny. Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie, bo miał nacieki w płucach, ale pewien wojskowy felczer zasugerował, by na trzy godziny podwieszono go do góry nogami tak, żeby zbierająca się ropa mogła swobodnie wyciec. Pomogli mu koledzy z pułku, którzy trzymali ojca, tak, by nie zemdlał. Mógł doznać udaru, wylewu, ale dzięki temu ropa spłynęła, a tata przeżył 78 lat. Zdołał nawet wrócić do służby, z której zdemobilizowano go dopiero w 1922 roku. W uznaniu zasług otrzymał ziemie na Kresach Wschodnich. Ciągnęło go jednak do ukochanego pułku, który po ukształtowaniu granic został skierowany i stacjonował w Mińsku Mazowieckim. Rodzice prowadzili tam sklep kolonialny, mieszkali w rejonie koszar. Tatę ciągnęło jednak do dawnego życia. W 1934 roku napisał więc podanie o przywrócenie do służby wojskowej. Przyjęto go, a następnie uczyniono Szefem Kancelarii Pułku. W 1933 roku został odznaczony Virtuti Militarii V kl. nr 3912. Cały czas znajduje się w rodzinnych zbiorach.

Wracając do lat 30., ojciec miał niemal 40 lat, gdy znów trafił na front, tym razem w „kampanii wrześniowej”. Nie wiem jednak, gdzie walczył. W opracowaniach na ten temat można przeczytać, że 7 Pułk Ułanów bił się w rejonie miejscowości Chorzel, a później Przasnysza (1-3 września). Od 5 do 7 września bronił linii Narwi, po czym wycofał się na linię Bugu. Pod koniec miesiąca walczył w bitwie pod Suchowolą, ponosząc duże straty. Jaką rolę pełnił wówczas tata, nie wiem. Pewne jest jednak, że na „kampanii wrześniowej” nie skończyła się jego wojenna historia. Pułk, do którego należał, został rozwiązany w październiku, a następnie odtworzony w konspiracji pod kryptonimem „Jeleń”. Tata nosił pseudonim „Pałasik” i działał jako łącznik. Posiadał kenkartę i figurował jako kontroler mleczny. W ten sposób przenosił meldunki. Moja mama, Alina Ławicka, też była łączniczką. Często opowiadała, że gdy byłam bobasem, to… uczestniczyłam razem z nimi w konspiracyjnych akcjach. Nosiłam takie gacie z dużą klapą z tyłu. Mama doszyła w niej kieszeń i tam przenosiła meldunki (śmiech). Mimowolnie stałam się uczestniczką walki o niepodległość. Oboje rodzice walczyli w Powstaniu Warszawskim. Uczestniczyła w nim też moja starsza siostra. Jako sanitariuszka brała udział w „Akcji pod Arsenałem”. Była młodziutka, miała 16 lat. W partyzantce znajdował się też mój brat, ale nie wiem w jakich oddziałach.

 

Ukrywał swoją przeszłość

Po wojnie, dla pewności i spokoju tata postanowił opuścić region, w którym spędził wojnę. Do Gryfina przyjechał w czerwcu 1945 roku, razem ze swoim bratem i bratankami. Pomagał w instalowaniu polskiej władzy na tych terenach. Był naczelnikiem Wydziału Aprowizacji. Urząd ten działał w ramach Starostwa i znajdował się na Grunwaldzkiej, w budynku, gdzie dzisiaj jest sąd. Nas ściągnął tutaj 15 sierpnia, w sobotę minęło 75 lat. Byłam 6-latką, więc pamiętam sporo, w tym stawianie krzyża w parku. Miasto było zagruzowane i wszędzie byli szabrownicy. Gdy tata wyjechał do nas furmanką do Dąbia, w czasie jego nieobecności okradziono nasz nowy dom! Nie był to jedyny kłopot. Początkowo nie było co jeść, a najcenniejszą walutę stanowił bimber. Kto go pędził, mógł sobie pozwolić na zakupy. Gdy tata ściągnął rodzinę, musiał ją jakoś wyżywić. Pewnego dnia wrócił podekscytowany do mieszkania. Znalazł końskie nogi i mówi do mojej mamy: „Nóżki znalazłem, ugotujesz w galarecie!”. Mama: „To końskie kopyta, co ja mam z nimi zrobić?”. Tata poszedł więc i odciął kopyta, a fragmenty nóżek ugotowali razem z warzywami na zupę. Warzyw akurat było dużo. Jeździłam z tatą na Grajdołek i stamtąd braliśmy. Tyle dobrego, że mieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem przy ulicy Łużyckiej 108. Dopiero wiele lat później, w 1964 roku rodzice  zamienili go na mieszkanie w nowym bloku przy ulicy Bolesława Chrobrego.

Pytał pan, czy przeszłość nie dogoniła taty. Wiadomo jaki był ustrój, więc na pewno nie afiszował się swoją przeszłością i tym, że w 1920 roku walczył przeciwko Armii Czerwonej. Nawet ja nie wiedziałam tego przez wiele lat. Gdy chodziłam do szkoły, nauczycielem muzyki był pan Lalik. Mieliśmy nauczyć się piosenkę o „kochanym Stalinie”. Ćwiczyłam w domu, a ojca szlag trafiał. „Przestań wyć te bzdury!”, krzyczał. Tata był dumny ze swojej wojskowej kariery, ale wiedział, że ludzie są różni: jedni przyzwoici, a inni tacy, którzy denuncjowali swoich sąsiadów. W Gryfinie osiadło wielu dawnych piłsudczyków i akowców.

Zjeżdżali na „Dziki Zachód”, licząc, że zdołają się ukryć, nikt nie będzie ich ścigać i dostaną tutaj azyl. Zmieniali nazwiska, odcinali się od przeszłości. Czasami tylko spotykali się we własnym gronie, by powspominać, lub wzajemnie się przestrzec. Wiedzieli co robią, bo wystarczył jeden donos i można było na wiele lat wylądować w więzieniu. Najgorsze pod tym względem były chyba okolice roku 1953. Nie dostałam się wtedy do liceum. Nie podano powodu, po prostu odrzucono mój wniosek. Dopiero później dowiedziałam się, że to z powodu opinii, jaką wystawiono mojej rodzinie. Napisano, że jestem córką Wacława Ławickiego, wroga narodu, co zamknęło mi drogę do szkoły średniej. Pisano też, że ojciec jest pijakiem, gdy tata był prawie abstynentem, tylko czasami wypił kieliszek, gdy była okazja. Na więcej nie pozwalało mu zdrowie. W 1958 roku przeszedł ryzykowną operację zwężania tętnicy, a później operację żołądka. Rokowania również nie były zbyt dobre, ale udało mu się przeżyć jeszcze dwadzieścia lat i to po takich przejściach, gdy w 1920 r. niemal zginął pod Cycowem…

 

Wymarzone epitafium

Tatę z czasem również dotknęły represje. Ze Starostwa przeszedł do PZUW – Państwowy Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych. Później odcięto to „W”, zostało samo PZU. Długo nie miał pracy, dopiero później znalazł zatrudnienie w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, gdzie pracował do emerytury. Przed wojną, jeszcze w Lublinie, tata skończył szkołę handlową, więc miał odpowiednie kwalifikacje. Byłam już dorosła, gdy pierwszy raz opowiedział mi swoją prawdziwą historię. Zaznaczył, że mówi o tym, bo chce, by po jego śmierci pamięć o latach 1918-1920 nie zginęła. Chciał, by jego walka o ojczyznę została upamiętniona, gdy zmienią się czasy i historyczna narracja. „Kawaler Orderu Virtuti Militari”, tak ma brzmieć moje epitafium, mówił wielokrotnie. A ja spełniłam jego życzenie.

Zmarł 12 grudnia 1978 r. Został pochowany na gryfińskim cmentarzu, w mieście, w którym spędził ostatnie 33 lata życia. „W chorążym Wacławie Ławickim straciliśmy znakomitego żołnierza, obywatela kraju i wiernego towarzysza broni. Należał on do czołowych żołnierzy 7 Pułku Ułanów Lubelskich. Na każdym powierzonym mu stanowisku wyróżniał się wzorową pracą i oddaniem służbie”. Takie słowa napisano w jego pożegnaniu, cytując zaświadczenie, które przed laty wydał dowódca jego pułku,  generał Zygmunt Piasecki: „Był żołnierzem bardzo odważnym. Jako podoficer ma duże zasługi w pracy wojskowej, pełnił służbę nienagannie, tak w polu, jak i w garnizonie. Jest patriotą, chłopcem ideowym i uczciwym”. Taki był mój ojciec. Przez życie kroczył zawsze prostymi drogami. Dla całej rodziny był drogowskazem. Dziś cieszyłby się nie tylko z epitafium na nagrobku, ale też licznych upamiętnień. W Towarzystwie Miłośników Historii Ziemi Gryfińskiej znajduje się pamiątkowa gablota mówiąca o jego dokonaniach. Dzięki takim akcjom i artykułom w gazetach pamięć o nim nie zginie.

 

Komentarze (0)

Zaloguj się i dołącz do dyskusji

Logowanie